Liczyć na więcej

Już na półmetku rozgrywek wydaje się, że znamy najważniejsze rozstrzygnięcia jeśli chodzi o czołowe miejsca tabeli hiszpańskiej Primera Division. Barcelona niczym ekspres zmierza po mistrzostwo, starając się po drodze zgarnąć Puchar Króla, a Real i Atletico pozostają na peronach. O ile “Królewskim” pociąg z napisem La Liga odjechał już daleko, o tyle Diego Simeone w pościg za Barcą wysyła dość sprawnie funkcjonującą drezynę. Czy to oznacza, że w dalszej części sezonu już nic ciekawego nie może się przydarzyć?

Zdecydowanie nie. I to co najmniej z kilku powodów. Wkrótce okaże się, czy gracze z Bernabeu potrafią jeszcze dźwignąć się z kolan, choć w odchodach zanurzeni są po pachy. Przed Jose Mourinho stoi bardzo ciężkie zadanie posprzątania w stajni, w której sam sobie napaskudził. Trzy spotkania z Valencią, dwa w Copa del Rey i jedno w lidze,  mają dać odpowiedź na pytanie, czy Mourinho ma jeszcze jakikolwiek wpływ na swoich graczy. Celem nr 1 są oczywiście mecze w 1/8 finału Champions League z m.in z Manchesterem United. Tuż po losowaniu bukmacherzy dość zdecydowanie stawiali na Real, który pozostaje jednym z głównych kandydatów do trofeum. Gdyby zdobył Puchar, za postawione 1 euro można by otrzymać 5. Patrząc jednak na formę i motywację podopiecznych sir Alexa Fergusona, a nie na potencjał zespołu, szanse Realu na korzystne zakończenie boju w Lidze Mistrzów wydają się być iluzoryczne.

15 lutego Real pokonał w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Copa del Rey Valencię 2:0. Rewanż już za tydzień. Podopiecznym trenera Valverde nie udało się utrzeć nosa i wykorzystać słabszej postawy aktualnego mistrza kraju. Jeśli “Królewscy” awansują do półfinału, “The Special One” może uzyskać chwilę spokoju. Jeśli odpadną nic się nie zmieni. Jako priorytet na Bernabeu ustalono walkę w Pucharze Europy.

Piłkarze z Madrytu (1,5 euro za jednego postawionego) są też zdecydowanym faworytem 1/8 finału z Manchesterem United (2,5), choć ci ostatni prowadzą w lidze angielskiej i pokonali w tym sezonie Manchester City, Chelsea i Arsenal. Gazety hiszpańskie o obronie mistrzostwa nawet nie wspominają, skupiają się na przygotowaniach do meczów z Anglikami. Śledzą Mourinho, który na Old Trafford oglądał spotkanie z Liverpoolem, relacjonują mecze MU. – Doskonale wiemy, jak bardzo kibice pragną Pucharu Europy. To nasz główny cel w tym sezonie – mówił dziennikarzom Cristiano Ronaldo.

Gdybym to ja był trenerem Realu, dawno już bym sobie szukał innego zatrudnienia – stwierdził tymczasem dość uszczypliwie trener Barcelony Tito Vilanova. Na półmetku ligi hiszpańskiej Real zajmuje dopiero trzecie miejsce, do Barcelony tracąc aż 18 punktów. W sobotę zremisował z ostatnią Osasuną, w sumie jesienią punkty tracił w ośmiu meczach. W całym poprzednim sezonie – w sześciu. Tymczasem Barca zakończyła pierwszą rundę Primera Division z wynikiem 55 pkt na 57 możliwych do zdobycia i z przewagą jedenastu punktów prowadzi w tabeli przed drugim Atletico Madryt.

Zaliczyliśmy pierwszą część sezonu niemal perfekcyjnie – takie oto słowa padły z ust świetnego szkoleniowca, którym jednak tym razem nie był Vilanova, a Diego Simeone, trener Atletico. I trudno się z nimi nie zgodzić , bo 14 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki to wynik nad wyraz znakomity, dający realną nadzieję na walkę o tytuł w każdej lidze poza hiszpańską. Wszelkie bowiem próby naśladownictwa stylu gry Blaugrany nic nie dają, jeśli chodzi o procent czasu utrzymywania się przy piłce, wymianę nieszablonowych podań wśród gąszczu nóg rywali, koncertową grę w polu, czy obezwładniający pressing. Barcelona sunie po torach perfekcji najszybciej ze wszystkich. Nikt już nie uwierzy w mity o słabości Primera Division, jeśli tylko spojrzy na światowe rankingi i statystyki. Valencia, Malaga, Real Madryt i Katalończycy są w 1/8 finału Champions League, w czasie, gdy Wyspiarze stracili w fazie grupowej mistrzowski Manchester City i broniącą trofeum Chelsea Londyn.

Katalończycy są oczywiście do pokonania, choć dla wielu innych zespołów pozostają wciąż mitycznym Minotaurem. Trzeba bowiem do tego specjalnych warunków. Po pierwsze, jak twierdzą specjaliści, ultradefensywnej taktyki, która przez większość rywali hiszpańskich uznawana jest za uwłaczającą ich godności. Jeśli polec, to powrócić tylko na tarczy. Spartańska maksyma przyświecała kolejnym rywalom Barcelony i choć wcielana była w życie nie za bardzo ochoczo, to jak na prawdziwych kamikadze futbolu przystało, mieli odwagę iść na wymianę ciosów, choć z góry było wiadomo, że są to misje niemal samobójcze. Niemal, bowiem Real poszedł na otwartą grę i wygrał Superpuchar. Bayern czy Juventus mogłyby również dać sobie radę.

Wygląda też na to, że taktyka Chelsea, czy Celtiku Glasgow daje nadzieję na punkty. Piłka nożna to sport mało przewidywalny. Każdy wygrać może z każdym, pod warunkiem, że strzeli więcej goli od przeciwnika. Barca jednak ponownie w swojej historii osiągnęła taki stan, że dziś zdaje się zmagać wyłącznie ze sobą. Pokonać jej nie mogą duchy stadionów, czy historyczne naleciałości, a jedynie mogą tego dokonać kontuzje kluczowych graczy lub inne zdarzenia.

W lidze hiszpańskiej na dzień dzisiejszy nie ma sobie równych. W Europie sposobu na nią poszuka Bayern Monachium, Juventus i Manchester United, a może jednak uda się ją ośmieszyć przez Real Madryt? Jeśli Katalończycy utrzymają poziom gry z ligowego pojedynku z Malagą, kolejna potrójna korona pozostaje osiągnięciem niemal niezagrożonym. Triumfalnym pochodem w Primera Division piłkarze Barcelony zapewnili sobie luz i komfort, który widać coraz wyraźniej w ich boiskowych poczynaniach. A to już wcale nie jest dobra wróżba.

źródło: sport.es, sport.pl, “PS”