Los Treneiros

Cały świat obiegły zdjęcia Pepa Guardioli na rękach swoich piłkarzy po zwycięstwie nad Manchesterem United 3:1 w finale Ligi Mistrzów na stadionie Wembley 28 maja 2011 roku. Trener Barcelony wyrósł w Katalonii, instynktownie wciąż więc żyje w głębokiej symbiozie z klubem i jego wychowankami. Czy mógłby jednak odnieść sukces z dala od domu?

Trener Realu Madryt Jose Mourinho, powiedział kiedyś o Guardioli w sposób dość uszczypliwy i z dużą dozą sarkazmu, że gdyby to Portugalczyk był prezesem Dumy Katalonii, dałby mu kontrakt nawet na 50 lat. Bezwzględny, arogancki i zawsze pewny siebie jest Mou. Pełen wyższości nad rywalem z Katalonii, z niepokojem obserwuje jak jego hiszpański kolega “po fachu” zawodowo rozkwita w pobliżu rodzinnego domu. O ile on – “The Special One” – sam posiada zdolność adaptacji w każdych warunkach, o tyle wierzy, a nawet publicznie to rozgłasza, że Pep nie dałby sobie raczej rady w Porto, Londynie, czy też Mediolanie.

Urodzony 18 stycznia 1971 roku w Santpedor, maleńkiej miejscowości w środkowej Katalonii, jako Josep Guardiola i Sala, wychowywał się wraz z trójką rodzeństwa. Gdy miał 13 lat, trafił do szkółki “La Masii” z klubu amatorów Gimnàstic de Tarrragona, dzięki skautowi Oriolowi Tortowi. Było to 28 czerwca 1984 roku. Sześć lat później w grudniu zadebiutował jako zawodnik Barcelony w meczu z Cadiz. Z powodu skromnych warunków fizycznych nie wiązano z nim większych nadziei, ale o pozostawieniu nastolatka w klubie zdecydowała opinia Johana Cruyffa. Dla Holendra stał się wkrótce kluczowym zawodnikiem jego zespołu.

Przeżuwacz kamieni

W 1992 roku z reprezentacją Hiszpanii wygrywa turniej olimpijski pokonując w finale Polskę 2:1, a z Barceloną sięga po Puchar Europy. W ogóle dość rozpowszechniona opinia głosi, że droga Pepa Guardioli do sukcesu było dość kręta i wyboista. Od oskarżeń o doping, poprzez Katar, kurs trenerski w Madrycie, grę w Meksyku, po objęcie stanowiska trenera rezerw Barcelony, grającej w Tercera Division (czwarta liga), z którą po jednym zaledwie sezonie awansował do Segunda. Któż więc inny, jak nie Guardiola właśnie, mógłby poprowadzić do zwycięstw piłkarzy tej klasy co Xavi, Messi czy Iniesta?

W 2008 roku Pep, pretendując do stanowiska trenera Barcy, zastał krajobraz po bitwie. Kiedy latem Frank Rijkaard zostawiał zespół w totalnej rozsypce, ktoś musiał mieć odwagę powiedzieć takim osobowościom jak Ronaldinho, Deco czy Eto’o, że ich czas na Camp Nou przeminął. Był debiutantem to fakt, młodym, ale nadzwyczaj asertywnym.

Pamiętał dobrze czasy rezerw, kiedy pośpiesznie zebrał liczną grupę chłopców (przeszło pięćdziesięciu), z których po sześciu treningach miał „ulepić” 23-osobową kadrę. “W jednej chwili zrozumiał wtedy, dlaczego wszyscy koledzy odradzali mu tę posadę. Ktoś mu powiedział: – Nie dostajesz cukierka, ani gumy do żucia, będziesz skazany na przeżuwanie kamieni”. Łzy nastolatków i ich matek, wściekłość ojców, kiedy musiał się żegnać z kilkoma chłopcami, podobnie jak on sam, nie widzącymi świata poza Barceloną: to była droga, która go hartowała. I wysoka cena, jaką musiał zapłacić za własne marzenia. Więc cóż znaczyło powiedzenie “nie” np. Ronaldinho?

Kielnia i honor  

Gurdiola zawodowym piłkarzem był przez szesnaście lat. Miał swoje upadki i wzloty. 11 kwietnia 2001 roku odszedł nawet z Barcelony do Brescii. Było to w kwietniu, a w październiku, po jednym z meczów, w organizmie Guardioli wykryto nandrolon. Został zawieszony na cztery miesiące. Uniewinniono go zupełnie dopiero 6 lat później. Wybrany najlepszym obcokrajowcem rozgrywek podczas jego katarskiej przygody, gdzie grał w Al-Ahly, zdążył nauczyć się życiowej zaciętości. Żartują sobie z Hiszpana, że do dziś pod eleganckim, włoskim garniturem bije serce syna robotnika. Odnosi się to do wspomnień samego szkoleniowca Barcelony z rodzinnego domu. Ojciec był murarzem w rodzinnej wsi i, jak wspominają sąsiedzi, jego całym majątkiem były kielnia i honor.

Pierwsze poważne szlify szkoleniowca Guardiola zdobywał w Meksyku w 2005 roku. Na swojego guru i późniejszego wieloletniego przyjaciela, Juana Manuela Lillo, natknął się na swojej drodze grając w Darandos de Sinaloa. Rok minął, a Pep zakończył swoją karierę zawodnika. Minęły kolejne trzy, a jako pierwszy trener Barcelony zdobył sześć historycznych tryumfów: mistrzostwo kraju, Puchar Króla, Champions League, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata.

Marcelo Bielsa, były selekcjoner reprezentacji Argentyny, wygłosił kiedyś dość śmiałą tezę, że praca na stanowisku trenera to bagno. „Skazujesz się na życie wśród zgrai łotrów różnej maści: nastolatków zdeprawowanych wielkimi pieniędzmi i bezwzględnie handlujących ich losem menedżerów, chorych psychicznie prezesów, a przede wszystkim pochlebców, którzy w razie porażki zmieniają się w płatnych morderców”. „Czy lubisz krew?” – zapytał Bielsa Guardiolę, kiedy ten przebywal w ojczyźnie najlepszego piłkarza świata Leo Messiego. „Ja tej krwi potrzebuję” – odpowiedział znienacka “wrażliwy” kandydat na trenera. Wzruszony Bielsa serdecznie uściskał Gurdiolę jak syna.

Mistrz mistrzów

Sam też potrafi chwytać za serce innych. Niemal już za legendę uchodzi jego pamiętna przemowa po porażce z Interem w półfinale Champions League. Barca poturbowana psychicznie w sposób straszliwy, grała wtedy z Villarreal i, gdyby przegrała, oddałaby także tytuł mistrzowski. „O nic więcej prosić was już nie mam odwagi. Dla mnie zrobiliście wszystko, jesteście mistrzami” – powiedział. Wzruszenie udzieliło się zespołowi, który wygrał 4:0.

Meloman, w ogóle miłośnik sztuki, symbol elegancji i dobrego stylu, Guardiola to niepoprawny optymista, który dla wielu jest cierniem w oku. Na jego półce z książkami stoją między innymi dzieła wielkich filozofów (wściekły Zlatan Ibrahimovic wrzeszczał odchodząc do Milanu: „wyrzucił mnie, ten filozof!”). Na każdym wręcz kroku obnosi się z miłością do Barcelony, ale właśnie w jej imię nie zgodził się na długoletni kontrakt. Przedłuża umowy z roku na rok, tak, żeby nie doczekać czasów, w których kibice dostrzegą w nim wyłącznie pasożyta żerującego na kasie klubu.

Moim zdaniem, Pep potrafiłby zaakceptować swoją rolę w każdym jednym klubie. Ale czy z sukcesami, to już inna sprawa. Bo co można nam powiedzieć o kimś, kogo serce jest w kolorach blaugrana i bije w rytmie tiki-taka? Czy może bać się porażek? Podobno nie są one obsesją Pepa Guardioli. Kiedyś czytałem o tym (a może usłyszałem to od redaktora Stefana Szczepłka), jak jeden z kolegów trenera Barcy został zwolniony z klubu Primera Division. Gurdiola wydał na jego cześć przyjęcie. Zakochany w aforyzmach i anegdotach poprosił o głos: „Wyobraź sobie, że kochasz kobietę, z którą po latach rozchodzą ci się drogi. Rozstanie nie unieważnia jednak tego co przeżyliście ze sobą”. Czy kolega czuł się pocieszony?

A może Pep mówił do siebie? Jego czas w Barcelonie kiedyś się przecież musi skończyć, jeśli zechce zamknąć usta Jose Morinho. Ruszy w świat, by udowodnić sobie i innym, że jest wystarczająco dobry, by poradzić sobie z dala od domu. Nie wszyscy w niego wierzą, ale też nie wszyscy przestali wątpić. Taki już jest los trenera, że można pracować wszędzie, a w przypadku Guardioli: nie wyrzucać z serca Barcelony.

foto Getty Images / Flash Press Media