Manita na “wyciągnięcie ręki”

Jak się okazuje, przerwa reprezentacyjna dobrze zrobiła ekipie Luisa Enrique. Podczas tego domowego starcia Barcelona bez większego wysiłku pokonała Deportivo la Coruñę, zwyciężając aż 4:0.

Na taki wynik, prawdę powiedziawszy, zanosiło się niemal od samego początku spotkania, jeśli nie na jeszcze większy. Barca od razu przystąpiła do rozgrywania piłki i atakowania, a pierwszą świetną akcję zanotowała już w 7. minucie. Następną miała zaś dwie minuty później, a potem kolejną i kolejną. Z początku brakowało jedynie skuteczności.

W odpowiedzi Deportivo starało się kontrować, lecz niemal niewykonalne było dla nich jakkolwiek zagrozić bramce Ter Stegena. Po około kwadransie gry jako  tako utrzymywali się przy piłce, lecz nie wynikało z tego nic konkretnego. Być może było to jednak tylko uśpienie ich czujności – już w 20. minucie duet Rafinhi i Luisa Suareza, który do tamtego czasu walczył ze skutecznością, zdobył dla Barcy pierwszą z bramek.

Wówczas sytuacja się nieco uspokoiła i “ustatkowała”, lecz polegało to na tym, iż Duma Katalonii poszukiwała kolejnej bramki z nieco mniejszą intensywnością i tempem, goście natomiast w miarę poprawili swoją linię obrony – co raz więcej strzałów gospodarzy udało im się zablokować lub przerwać w newralgicznym momencie.

Mecz życia rozgrywał jednak wspominany już Rafinha – ponownie poradził sobie z Luxem, kiedy po stałym fragmencie gry głową uderzył Pique. Wtedy jego strzał został obroniony, lecz dobitka Brazylijczyka nie pozostawiała żadnych wątpliwości i wprost musiała zakończyć się sukcesem. Nieco nieporadny natomiast był El Pistolero. Dopuszczał się przewinień i ocierał się o żółte kartki, które mogły wykluczyć go z kolejnego ligowego spotkania, a na dodatek nadal brakowało mu błyskotliwości i szybkości w decydujących fragmentach akcji. Przełamał się w wyjątkowy, przemiły dla oka sposób – tuż przed  gwizdkiem sędziego obrócił się z piłką dostając ją od Neymara i bez problemu wprowadził w dezorientację rywali, strzelając dla Barcy trzeciego gola. Zaraz potem był naprawdę blisko poprawienia swojego wyczynu, lecz jego strzał odbił się od poprzeczki. A jeszcze minutę później zrobił niemal to samo, niestety jednak w efekcie usłyszeliśmy wielki zawód na widowni.

Druga połowa zaczęła się dość spokojnie, bez ogromnego tempa i zabójczego poszukiwania kolejnej bramki. Akcję rozpędził dopiero Leo Messi, swoim spektakularnym powrotem na Camp Nou. Dlaczego tak to ujęłam? Zmienił Sergio Busquetsa w 55. minucie, a pięknego, precyzyjnego gola zdobył… w 58. Co więcej i co bardziej mnie zachwyca, asystował nie kto inny, jak Neymar, na co Pchła zareagował idealnym strzałem pod poprzeczką.

Szkoda, że był to ostatni strzał tego spotkania. Do końca meczu o powiększenie tej miażdżącej przewagi starali się m.in. Neymar, Gerard Pique, Leo, Ivan Rakitić, a nawet Paco Alcacer, i to kilka dobrych (oraz imponucych!)  razy. Deportivo było zaś na tyle bezradne, że z czasem co raz niezręczniej obchodziło się z samą piłką, nie mówiąc o stworzeniu jakiegokolwiek zagrożenia. Gospodarze nękali ich niemal do samego końca strzałami z dystansu, obijaniem rąk Luxa, sprintami do pola karnego, czy nawet bramkami z pozycji spalonej (np. Mathieu w 83. min).

infographic_pl_267009_squads_770

Niestety, z ogromnym żalem stwierdzam, że tego sobotniego popołudnia musieliśmy pogodzić się tylko z pokerem w wykonaniu Blaugrany. A biorąc żarty na bok – myślę, że możemy być w pełni dumni z Katalończyków. Cała drużyna grała na sto procent, a w zwycięstwo bezpośrednio zaangażowało się więcej piłkarzy niż nasze Tridente, ono zaś zgrało się fantastycznie. Pozostaje mi tylko z największą przyjemnością życzyć Wam miłego weekendu!

Grafika:

elpais.com; sporticos.com