Martes Blaugrana: Jest dobrze!

Kończy się wtorek, więc czas na kolejny odcinek cyklu Martes Blaugrana. O czym przeczytacie dzisiaj? Rozwinę swój artykuł z nowego numeru Barça Flash, który ukazał się w tydzień temu (możecie go znaleźć tutaj, wspomniany artykuł na 42. stronie). Jako że tekst pisany był już jakiś czas temu, należy mu się mała aktualizacja.

W skrócie – pisałem, że z Dumą Katalonii nie jest wcale tak źle, jak uważają niektórzy fani. Cieszę się, że moja teza, która była niezbyt pewna po porażkach w Vigo i Sewilli, została poparta coraz lepszą grą i dobrymi rezultatami. Styl może jeszcze nie zachwyca, kilku kluczowych zawodników jest w słabszej formie, a nie w jej szczytowym punkcie, w drużynie panuje szpital, rezerwowi często zawodzą, a trener nie ma zbyt dużego pola manewru. Wszystko się zgadza, mówimy cały czas o tym samym zespole.

Jednak z drugiej strony wyniki muszą napawać optymizmem. Jedna ze słabszych wersji Blaugrany (jeśli chodzi o styl gry) na przestrzeni ostatnich lat jest w stanie utrzymywać się na szczycie, zarówno w rozgrywkach w swoim kraju, jak i tych europejskich. Nie można przejść obojętnie obok męczarni w Superpucharze Europy czy kompromitujących porażek w Superpucharze Europy lub ligowym spotkaniu z Celtą. Koniec końców ekipa prowadzona przez Luisa Enrique dotrzymuje kroku swoim największym rywalom. Ba, to ona teraz dyktuje warunki. Sytuacja w Lidze Mistrzów jest jasna – awans do kolejnej fazy praktycznie zapewniony (by zająć pierwsze miejsce, wystarczy remis w kolejnym meczu z Romą). Liga – Barca jest liderem i ma trzy punkty przewagi nad Realem Madryt. Tym samym Realem, który tak doskonale radził sobie w obronie i w kilku spotkaniach zdemolował rywala. O pierwszym meczu w Pucharze Króla nie ma co mówić – bezbramkowy remis wymarzonym wynikiem z pewnością nie jest, ale perspektywa rewanżu na Camp Nou, grając z trzecioligowym Villanovense, nie zaprząta nikomu głowy.

Przypomnę, że drużyna cały czas cierpi z powodu transferowego bana. Pomóc nie mogą sprowadzeni latem Arda Turan oraz Aleix Vidal. Sztab szkoleniowy radzić musi sobie również z urazami, które przytrafiają się ostatnio z niebywałą regularnością. To wszystko powoduje, że do pełnej dyspozycji szkoleniowca jest ledwie kilkunastu zawodników, którzy stanowią szkielet jego składu. Reszta zagra jeden mecz, a w następnych kilku odpoczywa. Nie sprzyja to na pewno rotacjom ani rozłożeniu sił, a jednak nie odbija się to na zespole w taki sposób, by nie mogła myśleć nawet o powtórzeniu wyczynu z maja, gdy piłkarze sięgnęli po potrójną koronę.

Ponadto od miesiąca do usług trenera nie jest Leo Messi. Argentyńczyk, najlepszy piłkarz świata, cały czas rehabilituje się po kontuzji odniesionej w meczu z Las Palmas. Bez niego w składzie każda ekipa traci jakość, jednak pozostali liderzy wzięli ciężar gry na swoje barki i… jakoś to wygląda, przynajmniej pod względem wyników. Z obozu Katalończyków pojawiają się sprzeczne głosy, czy La Pulga zdąży wykurować się na Gran Derbi, które zostaną rozegrane za 11 dni. Powrót Argentyńczyka na siłę na pewno nie będzie dobrym pomysłem, ponieważ ryzyko odnowienia urazu i jeszcze dłuższej absencji nie jest nikomu w obecnej sytuacji potrzebne.

Wrócę do głównego tematu. Być może to spojrzenie nieco naiwne, ale terminarz ułożył się tak, że pierwsza część sezonu jest zdecydowanie trudniejsza niż druga. Mecze z Atletico, Sevillą, Valencią, Athletikiem, Celtą czy w końcu z Realem drużyna rozegra najpierw na wyjeździe. W rundzie rewanżowej do niewygodnych wyjazdów zaliczyć należy chyba tylko te na Estadio Anoeta (Real Sociedad) oraz El Madrigal (Villarreal). Co więcej, większość z tych wymienionych wypraw Katalończycy mają już za sobą. Bilans? Całkiem niezły. Z boisk Atletico, Sevilli, Athleticu i Celty przywieźli połowę możliwych punktów, czyli sześć. Jakieś straty w tych (czy też innych) delegacjach są wliczone w plan już przed sezonem. Mało prawdopodobne jest, by z gier poza domem przywieźć komplet punktów, a dodatkowo robić to w kosmicznym stylu. Kolejny wyjazd już po przerwie reprezentacyjnej. Wyjazd prawdopodobnie najbardziej emocjonujący i wymagający – starcie z Realem Madryt na Santiago Bernabeu. Po tym meczu powinno być już zdecydowanie lżej. Nie dość, że Azulgrana będzie miała więcej dostępnych zawodników (możliwe, że poza Turanem i Vidalem klub pozyska jeszcze kogoś), to – przynajmniej teoretycznie – sprzyjać będzie także kalendarz gier.

Spojrzenie na sprawę nie jest może do końca obiektywne (czynników przecież jest o wiele więcej), ale jakiś ogląd nam oddaje. Barcelona na Camp Nou myli się ostatnio bardzo rzadko. Męczyć się może niemiłosiernie, ale ostatecznie (prawie) zawsze udaje jej się strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika. Przykładów szukać daleko nie trzeba – wygrana z Bayerem po golach w samej końcówce oraz skromna wiktoria z Malagą na początku sezonu. Wielu mówi, że tytuły zdobywa się meczami na wyjeździe. Ja zaś sądzę, że aby myśleć o tym, trzeba najpierw solidnie punktować i ograniczać niepotrzebne straty u siebie – podstawa podstaw.

Jest dobrze, żeby nie powiedzieć: bardzo dobrze. Tak często krytykowana za grę Duma Katalonii w ostatnich latach ma trzy oczka przewagi nad Realem, który na początku sezonu był dla wielu wielkim faworytem. Dziwnie to może zabrzmi, ale nawet porażka na Bernabeu nie byłaby wielką tragedią. Owszem, zespoły zrównałyby się wówczas punktami i to klub z Madrytu byłby starym-nowym liderem. Barcelona jednak i tak zależna byłaby od samej siebie. Wygrane w pozostałych spotkaniach do końca ligi (umówmy się – raczej nierealne) dałyby tytuł ekipie Luisa Enrique. O wygranej wspominać nie muszę – perspektywa sześciu punktów przewagi nad odwiecznym rywalem na tym etapie sezony elektryzuje na samą myśl. Ale nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość. Kwestia tytułu rozstrzygnie się prawdopodobnie dopiero w maju, a więc dopiero za pół roku.

Cieszy jednak to, że klub, który wielu z nas podziwia, potrafi cierpieć. Utarte powiedzenie, często powtarzane od zeszłej kampanii, ale w mojej ocenie jakże prawdziwe. Nie zawsze przecież musi iść jak z płatka, nie zawsze przeciwnik będzie tłamszony ogromem podań i równie dużą liczbą bramek. Czasem trzeba wygraną wyszarpać, zagrać ofiarnie do końca. Te cechy oglądamy w grze obecnej Barcelony coraz częściej. Może nie jestem typowym futbolowym romantykiem, który zachwyca się wyłącznie kolejnymi fantastycznymi dryblingami Neymara, bramkami Suareza, magią Iniesty czy Messim, po prostu samym w sobie. Tak samo szczęśliwy jestem, kiedy takie osobowości jak Neymar czy Leo Messi wrócą się na swoją połowę, by odebrać przeciwnikowi piłkę. Jeszcze dwa sezony temu taka sytuacja zdarzała się raz na ruski rok. Teraz – bronią wszyscy, zawsze i wszędzie.

Szczerze, to cieszę się nawet z wpadek w Vigo i Sewilli (z tej superpucharowej mniej, bo jednak liczyłem na powtórzenie osiągnięcia sześciu pucharów w jednym roku). Widać bowiem, że ta drużyna ma jeszcze rezerwy, nie jest idealna (i dobrze!), cały czas może iść do przodu, ma pewne luki, które są do naprawienia. Jednak z każdym kolejnym meczem Lucho wraz ze sztabem tę maszynę ulepszają, wprowadzając pewne innowacje. Do czego zdolna jest ta grupa, kiedy odpali, przekonali się przeciwnicy wiosną tego roku, kiedy na Katalończyków nie było mocnych. Pamiętajmy, że najważniejsza część rozgrywek jeszcze przed nami i to wtedy należy być w pełni gotowym. Odrobić, to co się wcześniej straciło, wtedy bowiem można, ale jeszcze łatwiej stracić to, co się zyskało. A że drużyny pod wodzą Lucho na wiosnę prezentują się korzystniej, należy w tę ekipę po prostu wierzyć.

Bo jest dobrze, niezależnie od tego, co wydarzy się 21 listopada na Santiago Bernabeu.