Miało być tak pięknie, a znowu nie idzie…

Tego weekendu nie otrzemy łez po ostatnim Klasyku. Ba, obawiam się, że będzie ich jeszcze więcej. Po naprawdę przyjemnym, emocjonującym meczu, możliwość na przełamanie Barcy zabiera Celta Vigo, wygrywając 0:1.

Celestes już na samym początku dali Barcy do zrozumienia, że nie zamierzają jej ułatwiać zwycięstwa. Tak więc, pomimo pewnej przewagi gospodarzy, nie wyglądało na to, iż mecz będzie układał się według standardowego, znanego nam doskonale scenariusza, gdzie Azulgrana od pierwszej minuty narzuca styl i tempo gry. Już na początku próbowała atakować, okazało się to jednak, trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Z początku myślałam więc, że przed nami naprawdę świetny mecz, a Barcy nie pozostaje nic, jak wygrać to wyjątkowe spotkanie. Margines błędów bowiem już dawno, dawno temu został wykorzystany.

Nie tym razem. Nic nie umiało skłonić Blaugrany, aby spróbowała zmienić coś w swojej grze, aby spełniała swoje podstawowe zadanie – była skuteczna. Niewątpliwie obfitowała w wiele ciekawych akcji, które nie raz były przedniej urody, a szczególnie takich, po których piłka obijała poprzeczkę. Takimi jednak mogli pochwalić się również goście, którzy grali niczym w finale Mundialu. Po upływie pierwszej połowy jedyne, czego mogliśmy chcieć, to właśnie bramki, gdyż tylko ich brakowało na tym torcie.

Wtedy jeszcze dało się tolerować to, że Luis Suarez nie był w stanie skończyć, moim zdaniem, wprost cudownych akcji. Oczywiście, patrząc chociażby na sam rezultat spotkania, to logiczne, iż wiele do wyjaśnienia ma właściwie cała drużyna, w tym również Messi i Neymar, którym także nie udało się pokonać Sergio Alvareza. Ten z kolei grał, jakby miał oczy dookoła głowy i instynkt lwa, bo wydawało się wręcz niemożliwe, by go zaskoczyć. Bardzo jednak kłuło mnie w oczy, kiedy liczyłam stuprocentowe (i, niestety, zmarnowane) sytuacje Urugwajczyka. Dlaczego akurat jego, skoro na porażkę “zrzuciła się” drużyna ogółem? Wyglądało na to, jakby z całego serca chciał zostać bohaterem, lecz niechcący zostawił w szatni wyobraźnię. Dodatkowo miał problem z czymś, co jednocześnie nie odstępowało na krok od reszty drużyny – brakowało mu szczęścia.

W tym meczu o wysoko podkręconym, szarpanym tempie nie głowy nie straciła jednak Celta. Zdarzało się bardzo, bardzo często, że byli o krok od utraty bramki. Zachowali zimną krew do samego końca, nawet w ostatnich minutach spotkania, kiedy Blaugrana troiła się na wszystkich pozycjach, przyśpieszyła jak w grze na śmierć i życie. I znów było to bardzo przyjemne dla oka, ponieważ ich kombinacje i rozegrania prezentowały się imponująco. Niestety, nie spełniały swojego podstawowego zadania – nie zagwarantowały nawet remisu, bo przyjezdnym udało się pokonać Claudio Bravo. Biorąc pod uwagę, że nie raz zmuszali go do dramatycznych interwencji, jeden gol może brzmieć skromnie, ale co z tego? Jak się okazało, to wystarczyło, by zatriumfować na Camp Nou, ponieważ Duma Katalonii umiała napsuć mnóstwo krwi Celcie, lecz nie złamała ich defensywy i betonowego muru tuż przed linią bramkową gości, jakim był Alvarez.

Jeżeli ktoś tego wieczora czuje się zawiedziony, ma do tego prawo. Barca rzeczywiście zawiodła i nie chodzi już nawet o to, że przez tę kolejną z rzędu porażkę traci pozycję lidera. Nie przełamała się po El Clasico, nie może nas do siebie przekonać. Choć bramka Joaquina Larrivey’a padła na długo przed końcowym gwizdkiem sędziego, ciężko mi było bezgranicznie wierzyć w remontadę, bo gdzieś w głowie stale plątał się niepokój i niepewność. Zgodzimy się chyba wszyscy, że ta przegrana to bardzo głośny alarm. Luis Enrique bezsprzecznie musi znaleźć i zwalczyć to, co blokuje Blaugranę, nim będzie za późno na ratowanie rezultatu we wszystkich rozgrywkach.

FC Barcelona:

Bravo – Alba; Mathieu; Mascherano; Alves – Rafinha (66′ Pedro) ; Busquets (66′ Xavi); Rakitic – Neymar; Messi; Suarez

Celta Vigo:

Alvarez – Mallo; Cabral; Gomez; Jonny – Krohn-Delhi; Radoja; Hernandez (69′ Fernandez) – Orellana, Larrivey (76′ Charles) , Nolito (88′ Levy Madinda)