Milan 0, Barca 0 – zabrakło gola

Barcelona zremisowała z Milanem 0-0 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów na San Siro. Kolejna drużyna z Mediolanu już wie, że najlepszym sposobem na zatrzymanie Blaugrany jest autobus.

Guardiola nie zaskoczył składem. Zgodnie z planem od pierwszych minut zagrał Keita, którego głównym zadaniem w tym meczu było zdobycie koszulki Ibrahimovicia dla Abidala.
Puyol zagrał jako lewy obrońca i można rzec, że mimo ustawienia 4-3-3, Barca grała trójką obrońców, a rolę skrzydłowych pełnili Iniesta i Alves. W kadrze meczowej nie znalazł się o dziwo Cuenca… I Afellay, który do Mediolanu z drużyną poleciał chyba tylko na „ciuszki”.

Skupiając się na samym meczu, pierwsze minuty należały do Milanu. Potem istniała już tylko Barca z wyjątkiem kilku kontr gospodarzy. Sędzia środowego spotkania, Jonas Ericsson (Szwed, czyli na 100% fan Zlatana), mógł odgwizdać dwa karne dla Barcelony. Alexis w polu karnym został najpierw popychany przez gracza Milanu, a potem faulowany przez bramkarza Christiana Abbiatiego. Nie wzruszyło to jednak sędziego, jednak nie oszukujmy się – gola by z tego nie było, a Chilijczyk ewidentnie liczył w tej sytuacji na „karniaka”.

Barcelona przez cały mecz dominowała na boisku, a Milan ograniczał się do kontrataków. Czasem miałem wrażenie, że piłkarze Guardioli za wszelką cenę chcą wejść do bramki Milanu, jakby już tam czekał na nich puchar Ligi Mistrzów. Jednak jak wiadomo, puchary Real Madryt zrzuca z autobusu, a Milan nauczył się autobusem zagradzać doń drogę. Barcelonie brakowało ostatniego dokładnego podania, a w polu karnym Milanu było tak gęsto, jak przy otwarciu nowej Biedronki. Piłkarze Barcy nie mieli swobody ruchu, a ich straty na granicy pola karnego Milanu były permanentne i aż denerwujące.

Byliśmy z Przemkiem Kasiurą, właścicielem i redaktorem Bloga FCB, nieco zdziwieni, że Milan wytrwał 45 minut nie tracąc bramki. Ewidentnie jednak lider włoskiej ligi przyjął skuteczną taktykę – zagrodzić drogę i szukać pojedynczych szans w ofensywie.

Najgroźniejszym piłkarzem Milanu był Ibrahimović, którego gra ciałem mogła robić wrażenie. Należę do antyfanów Szweda, jednak widać, że o wiele lepiej pasuje do Milanu aniżeli Barcy. Raz udało mu się fenomenalnie oszukać Pique, jednak z jego akcji ostatecznie nic nie wyszło. Przegrał także pojedynek z Victorem Valdesem, więc w kwestii skuteczności niewiele się zmienił od czasów gry w Dumie Katalonii… No dobra… strzela dużo w Serie A, ale opisuję mecz Ligi Mistrzów.

W drugiej połowie Barca znów trzymała piłkę i nic konkretnego z nią nie robiła. Tak jakby posiadanie znów miało dać nam zwycięstwo. Messiemu udawało się minąć dwóch zawodników, a potem kicha, a Alves do końca meczu nie mógł przyzwyczaić się do, nie oszukujmy się, fatalnie przygotowanej murawy. Piłkarze ślizgali się, przewracali i nie mogli odpowiednio wymierzyć siły podania do warunków boiska. Podobno Barca już napisała skargę na poziom przygotowania murawy.

Guardiola na boisko wprowadził też Tello i Pedro. Ten drugi jak zwykle nic nie pokazał, a Tello pokazał tylko tyle, że jest szybki, o czym już dobrze wiemy. Chłopak tuż przed końcem miał okazję zdobyć upragnionego gola, jednak dobitka zupełnie mu nie wyszła. Ambitny to chłopak i nie należy się zrażać. Przed szansą stanął też Puyol, po którego strzale grzywą piłka minęła słupek o kilkanaście centymetrów, jednak wcześniej był ciągnięty za koszulkę, co oznaczałoby karny dla Barcy. Gwizdek milczał.

Tak czy owak, Barcelona, która w końcówce już chyba straciła nadzieje na tego upragnionego, liczonego jako półtora, gola, nie wywiozła z włoskiej stolicy mody nic oprócz koszulki Ibrahimovicia i pewnie kilku fajnych ubranek. Wynik może cieszyć fanów Mianu, a fanom Barcy dodać więcej nerwowości, którą ja osobiście bardzo lubię. Autobus, murawa, brak szczęścia i brak naciąganych karnych to główne powody wyniku, który pozostawia nam lekki niesmak w ustach.

Źródło zdjęcia: FCBarcelona.cat