Mourinho – “Jedyny taki”

Po dwóch kolejkach różnica między Realem i Barceloną to już pięć punktów. Katalończycy mogą mówić o relatywnym komforcie, natomiast Królewscy o realnej porażce. Jose Mourinho obwołany przez samego siebie (nie przypomina Wam to pewnej choroby?) The Only One (Jedyny) kojarzy mi się z żenującą reklamą Cyfry plus z „Jedynym takim” z głosem wszędobylskiego serialowego wycierusa – Borysa Szyca. Tu również trzeba coś przyciąć.

Przebrnąłem dziś przez felietonik Wołowskiego – tego od tekstów pt.: „lubię tych co wygrywają”, a tam wyczytałem, że Real w poprzednim sezonie również zremisował i raz przegrał na początku sezonu. Zgadzam się, ale wieczny „Królewski Optymista” nie wspomniał, że Real nie dostał w dupę w takim stylu jak z Getafe, wygrywając 1-0. Ponadto Barca musiała gonić wówczas Real Madryt, a teraz Mourinho i spóła mają, uwaga – UJEMNY BILANS BRAMKOWY i zajmują miejsce w pierwszej piętnastce tabeli La Liga.

Teraz trochę bardziej serio. Owszem jest dobrze cieszyć się z kryzysu Realu Madryt, który tak miał nam wielce panować w Hiszpanii. Ten stan jednak nie potrwa długo. Real Madryt to nie Ruch Chorzów (bez obrazy), a La Liga to nie Bułgarska liga w Rugby. W Madrycie naprawdę pracują mądrzy ludzie, czasem tylko coś może nie wyjść, a na tak wysokim poziomie czasem kosztuje to mistrzostwo, choć o niczym to nie przesądza. Taki klub jak Barca czy Real zawsze jest pod presją ciągłych zwycięstw z uwagi na potęgę infrastruktury ekonomiczno – finansowej.

Jeszcze jedno mi przyszło do głowy. Jeżeli Real by w środę na Santiago Bernabeu przegrał z Barceloną (najlepiej do zera), to będzie czwarty mecz bez zwycięstwa i druga porażka z rzędu, a to może bardzo mocno zachwiać coraz słabszą pozycją Jose Mourinho w Realu. To daje pewną nadzieję, że Portugalczyk może wreszcie opuści Hiszpanię wraz ze swoim złośliwym i nonszalanckim jadem i ustąpi miejsca komuś z honorem.