Mundialeiro #70: To jest futbol, ole!

0003B976LFGWAPPF-C116-F4

5 dni. Mniej więcej tyle czasu upłynęło od momentu, w którym poznaliśmy nowego Mistrza Świata. Mimo to, nie minęły jeszcze wszystkie emocje, które towarzyszyły nam przez ostatni miesiąc. Dziś pora na ostatni odcinek mojego cyklu. Zastanowię się w nim nad różnicami między futbolem w wydaniu reprezentacyjnym a klubowym.

Są takie klasyki, jak Gran Derbi, derby Mediolanu, Stambułu, Belgradu czy Zagłębia Ruhry. Tam już klika dni przed meczem czuć jego atmosferę. Wielu ludzi mówi o nim z wielką pasją. Niejednokrotnie decyduje on o mistrzostwie, miejscu w europejskich pucharach. Czasem jednak jest on o pietruszkę. Z drugiej jednak strony, nie wiem czy można mówić o jakimkolwiek graniu na pół gwizdka. Nie wierzę, że piłkarze Barcelony odpuściliby mecz z Realem i zagraliby rezerwowym składem. Nawet gdyby sprawa tytułu była dawno rozstrzygnięta. W takich pojedynkach górę bierze ambicja i duma. Duma, z której nie posiadają się potem ze szczęścia zwycięzcy. Tak samo jest z kibicami. Chodzą oni potem z nosem do góry, wywyższając się nad kolegą, kibicującym przeciwnikowi. Procent takich spotkań w okresie od końcówki sierpnia do początku czerwca jest bardzo niski. Z jednej strony to dobrze, ponieważ nie odczuwamy przesycenia (jeśli w ogóle można o takim zjawisku mówić). Z drugiej…

… pozostały odsetek spotkań stanowią potyczki mniej ciekawe lub w ogóle nudne. Weźmy przykład z dobrze znanej ligi hiszpańskiej. Sama liga należy do jednej z najbardziej interesujących nie tylko w Europie, ale i na całym świecie, mając swoich wiernych fanów na całym globie właśnie. Podam jednak pierwszą parę, która przychodzi mi do głowy, a nie ogląda jej rzesza fanów – Elche vs. Getafe. Nie chcę obrazić kibiców tych dwóch ekip, ale myślę, że zgodzą się oni ze mną, że publika na stadionie lub przed telewizorami będzie wielokrotnie mniejsza niż wspomniane wyżej przykłady kilku bardziej emocjonujących pojedynków. Także niektóre mecze Barcelony, nawet na Camp Nou, nie cieszą się co najmniej zadowalającym zainteresowaniem, czego świadkami byliśmy chociażby w poprzednim sezonie.

Również po wielu stadionach nie widać w trakcie meczu, że przed widzami biega 22 piłkarzy za piłką. Bo przecież ile razy oglądaliśmy spotkanie, w których trybuny przypominały bardziej piknik niż wielkie futbolowe widowisko. Są rzecz jasna kraje, w których takie zjawiska są niezwykle rzadkie. Pierwszym i jednym z lepszych przykładów jest Anglia, w której fani żyją przez te 90 minut. W tym aspekcie Wyspiarze mają naprawdę wielką przewagę nad południoeuropejskimi ligami.

Teraz weźmy na tapetę turniej reprezentacyjny. 4 lata oczekiwań, nerwy związane z eliminacjami. O awans ubiega się bowiem około 200 zespołów, a w turnieju zagrać mogą jedynie 32. A sama impreza? Im do niej bliżej, tym większa niecierpliwość. Ostatnie dni przed spotkaniem otwarcia dłużą się w nieskończoność. Człowiek ma wrażenie, że ta chwila nigdy nie nadejdzie. Ale gdy już nadejdzie… Zaczynają się podsumowania, komentarze, dyskusje.

Zewsząd widać zupełnie inne emocje. Tutaj każdy mecz ma swoją magię. Czeka się bowiem na niego nie tydzień, jak na następną ligową kolejkę, lub co najwyżej trzy miesiące, ile trwa przerwa między sezonami. 4 lata, 48 miesięcy, około 1460 dni. To szmat czasu. Ale kiedy zaczyna się mundial, cały świat siada przed telewizorami i uracza się umiejętnościami piłkarzy. Czy to Hiszpania, czy Singapur – dwie różne kultury piłkarskie, kontynenty, strefy czasowe. Wszyscy czekają na to, co zrobi Messi, jak strzeli Neymar, do kogo poda Iniesta. Zupełnie inaczej niż to bywa z rozgrywkami ligowymi. Nie przypuszczam, że ktoś, u kogo mecz Barcelony ze średnim Realem Valladolid przypada w danym państwie w godzinach nocnych, przyciąga do telewizorów rzeszę widzów. A mecz Ekwador – Honduras, czyli potyczka dwóch reprezentacji, które nie należą do gigantów i nie grają tak naprawdę o nic – ogląda miliony ludzi na całej ziemskiej kuli.

Co tymczasem dzieje się na trybunach? Na 64 spotkania zamieniają się one w świątynię. Świątynię pełną kolorów, różnych kultur i tradycji. Nie jest ważne czy jesteś kibicem Realu, czy Barcelony, Galatasaray, czy Besiktasu. Ważne, że przyjechałeś tutaj setki lub tysiące kilometrów, by uczestniczyć w tym wielkim piłkarskim święcie. Fani są integralną częścią tego spektaklu. Bez nich ciężko byłoby sobie wyobrazić współczesne mistrzostwa. Odśpiewanie hymnu – moment dla człowieka znajdującego się pierwszy raz na trybunach podczas takiego wydarzenia – to czas bezcenny. Bardzo emocjonująca chwila, która nie tylko wyraża patriotyzm, ale także dodaje sił – piłkarzom do walki, a widzom do kibicowania. Czyż bowiem wykonanie narodowej pieśni przez Brazylijczyków nie było piękną chwilą, tak bardzo utożsamiającą nas z tym turniejem? Przed każdym spotkaniem Canarinhos dostawali coś najcenniejszego – wsparcie kilkudziesięciotysięcznej widowni.

Jeśli jesteśmy już przy kibicach, warto zwrócić uwagę, że nie zdarzyło się raczej, by mecz odbywał się przy grobowej ciszy. Przede wszystkim dbali o to ludzie z Ameryki Południowej. Potwierdzili oni zatem niejako, że pod względem “robienia” atmosfery są specjalistami, jednymi z najlepszych na świecie.

Podsumowując, brazylijskie mistrzostwa pod wieloma względami były dla mnie najlepsze w historii (w dużej mierze dzięki temu, że pierwsze zapamiętane przeze mnie to te z 2002 roku). Turnieje reprezentacyjne mają dla mnie wielką magię. Magię, dzięki której mają małą przewagę nad rozgrywkami klubowymi. Nie powiem oczywiście, że nie oczekuję z wielkim zniecierpliwieniem na nowy sezon w wykonaniu Barcelony. Jestem również ciekawy rozstrzygnięć w Lidze Mistrzów. Ale to, że muszę czekać następne 4 lata na kolejny mundial, wytwarza we mnie duży głód. Lubię oglądać Iniestę w barawch La Furia Roja, Messiego w ekipie Albicelestes czy Neymara w kanarkowej barwie stroju. Jeśli dodatkowo bój jest o tytuł najlepszego kraju globu, dochodzą kolejne emocje. Ostatni miesiąc uważam za świetny dla kibica futbolu. Myślę, że każdy znalazł coś dla siebie i nie był w tym czasie znudzony.

I tak, jak w piosence, która towarzyszyła nam podczas ostatnich kilkudziesięciu dni. Tekst mówi o tym, byśmy byli zjednoczeni, bo tego wymaga ten spektakl, którego świadkiem byliśmy. To jest nasz świat, świat futbolu. Wstęp do niego ma każdy. Wszyscy ci, którzy siądą przed telewizorem, pójdą na rynek obejrzeć mecz na telebimie lub wybiorą się na stadion. Wszystko po to, by przeżyć mundial, po swojemu. Zaśpiewajmy więc razem z Pitbullem, Jennifer Lopez i Claudią Leitte. We are one – jesteśmy jednością:

 

Na sam koniec chciałbym podziękować wam za czytanie artykułów z tego cyklu. Jestem wdzięczny każdemu, kto poświęcił chwilę, by zapoznać się z ich treścią, i zadowolony, jeśli wynieśliście z nich coś ciekawego. Osobne wyrazy wdzięczności kieruję w stronę Adama Wielgosińskiego, który od pewnego momentu współtworzył ze mną tę inicjatywę. Bez Ciebie, Adam, ciężko by mi było samemu, wielkie DZIĘKUJĘ.

Śledź autora na Twitterze.