Myśleliście, że gorzej być nie może?

imagen-este-barca-tiene-nada-que-ver-con-los-ultimos-anos-1397684167588

A jednak. Być może to było do przewidzenia. Być może to było wręcz oczywiste, lecz nie da się ukryć rozczarowania i żalu. Puchar znów powędrował w ręce niezbyt ostrożnej drużyny ze stolicy Hiszpanii po zwycięstwie 2:1, o czym musicie wiedzieć. Wydaje mi się jednak, że niepokój, który wkrada się wraz z tą wiadomością, jest warty uwagi, a więc na tym także się skupmy. Tak, moi drodzy, jest źle. Wybitnie źle i to wcale nie dlatego, że ponownie istnieje niebezpieczeństwo, iż trofeum nie dojedzie do muzeum.

Choćbym nie wiem, jak chciała pozostać optymistką, nie da się uodpornić na falę hejtów ze wszystkich stron. Nie podlega wątpliwości, że Madryt ma się z czego cieszyć. Zagrali tak, jak należy (wybaczcie, dziś nie zdobędę się na więcej) i choć uważam, że to spotkanie spośród… no, kilku ostatnich porażek… wypadło trochę lepiej, niż ostatnie tragedie Barcy, Blancos byli silniejsi.

Najgorsze jednak jest to, że problem Blaugrany był dokładnie taki sam, jak w miniony weekend czy w Lidze Mistrzów: przewaga w statystykach, akcja za akcją i na tym koniec. Do cholery, nawet ja spostrzegłam, że sytuacji podbramkowych po prostu nie było komu kończyć, a było ich pod dostatkiem, a Tata Martino nie jest w stanie sprostać temu w najmniejszym stopniu. Jedyne, co mnie pociesza, to niespodzianka, jaką sprawił nam Marc Bartra, o którym słyszałam jeszcze w poniedziałek, że na pewno nie będzie zdolny do gry. Co ciekawe, bramkę strzelił ze stałego fragmentu gry. To niewątpliwie jedna z niewielu postaci, które biegały w koszulkach blaugrana i zasłużyły na pochwałę.

Ta przegrana jest wyjątkowo dołująca. Sezon, który rozpoczął się bardzo dobrze, teraz zawalił się jak wieża z klocków Jenga – bezradna Barca to bowiem niecodzienny widok. Tego wieczora co prawda miałam w co wierzyć, gdyż wyraźnie było widać jakiś przebłysk i może nawet sensowny pomysł na grę w drużynie Barcelony. Zabrakło im jednak szczęścia i czasu. Bardzo nie lubię tego stwierdzenia i często się z nim nie zgadzam, ale to szczęście dziś trochę bardziej sprzyjało lepszym. Barca bowiem, mniej czy więcej, wciąż ma spory kłopot. Widocznie można go uśmierzyć niczym ból, lecz na zwalczenie przyczyny potrzeba silniejszego środka, po który nikt nie sięga.

Mam bałagan w głowie – mętlik to zbyt delikatne słowo. Bez dwóch zdań ekipa jest w rozsypce i jak najszybciej trzeba wziąć się za naprawę, ale to, co się zgrało idealnie z tym kryzysem, to zakaz transferowy. Oczywiście zarząd klubu zdążył się już odwołać, nie wiemy jednak, jak ta sprawa się zakończy. Nie ma już czego ratować i raczej nie ma o co walczyć, choć mistrz Hiszpanii to nadal duży znak zapytania. Zawsze uważałam, że należy wierzyć do samego końca, bo przecież nie mamy nic do stracenia, lecz patrząc realistycznie, tak grająca drużyna naprawdę będzie mieć ogromny problem tym wyścigu, który teraz jest już sprintem.

Nie wiem, jak pocieszyć Was na to podsumowanie, a bardzo bym chciała. Chyba musimy po prostu przetrwać jakoś to, że Katalończycy znów dostali po głowie. To nie ma znaczenia, że porażki nie są druzgocące. Przekreśliły drogi do trzech różnych tytułów i w ogóle się nie zdziwię, jeżeli sezon zakończy się właśnie na tym rozstaju przekreślonych dróg – bez żadnego trofeum. Bądźmy jednak… silni. Mimo wszystko bądźmy silni.