Na tym stadionie dzieją się cuda…

MD

„Mają przed sobą bardzo trudne zadanie”, „Milan jest o krok od awansu”, „Remontada jest mało realna” – takie mniej więcej rzeczy czytałam jeszcze wczoraj, zapowiadając dla Was ten mecz, przeglądając Internet czy oglądając pierwsze spotkanie Barcelony i Milanu. Nie negowałam tego, ale bez przerwy wierzyłam, że wszystko jest możliwe, że dziewięćdziesiąt minut to mnóstwo czasu, który może odmienić los tej rywalizacji. Teraz nie ma żadnych wątpliwości, że dla Barcelony po prostu nie ma rzeczy niemożliwych.

Wszyscy doskonale wiedzieli, że gospodarze tego rewanżu są w niekomfortowej sytuacji. Najpierw musieli wyrównać wynik, później walczyć o prowadzenie i utrzymać je do końca meczu, a przez większość czasu wcale nie było ono takie bezpieczne. Nie wiem, jaki sposób na chłopaków znaleźli Tito Vilanova i Jordi Roura, ale sprawili, że wreszcie zobaczyliśmy taką Barcelonę, jaką naprawdę kochamy – agresywną, atakującą, silną od samego początku. Taka właśnie “Barca” bez problemu odrobiła straty i rzuciła na kolana gości z Mediolanu.

Od pierwszej minuty spotkania widać było, że Milan nie będzie miał łatwo na Camp Nou, przyozdobionym piękną, motywującą mozaiką. Barca pilnowała piłki jak oka w głowie, wyprowadzała szybkie i konkretne akcje, jakich brakowało nam w ostatnich meczach. Pierwszą z nich zakończył strzałem z dystansu Leo Messi. Wtedy w głowie pojawiła mi się myśl „to wygląda na początek końca”. Końca Milanu oczywiście.

Goście zdawali się przebudzić dopiero w końcówce meczu, wtedy bowiem dosyć często dostawali się do piłki, jednak mocną, arcyniebezpieczną akcję mieli tylko raz, w pierwszej połowie, kiedy to M’Baye Niang obił słupek bramki Victora Valdesa. Później już tylko bezradnie ocierali się o futbolówkę, bo zdecydowanie więcej strachu napędzał fakt, że będą mieć rzut rożny, niż to, co po tym rzucie robili. Być może pewność siebie ich pokonała, a może po prostu psychicznie nie dali rady tysiącom Cules i bordowo-czerwonej jedenastce naprzeciw siebie…? Z całym szacunkiem do Milanu, to nie był ich dzień.

„Barca” natomiast czuła się fantastycznie, spokojnie wyrównując rezultat tego dwumeczu, czym zajął się Messi, wychodząc na prowadzenie po bramce „El Guaje”, a w samej końcówce, kompletnie rozbijając Włochów i zwyciężając cały mecz 4:0. Brakuje słów, by opisać tę wspaniałą remontadę.

Bardzo podobało mi się też, że Barceloniści nie dali się zwieść ani na chwilę, szczególnie, gdy w zawodnikach Milanu pojawiła się chwilowo iskierka nadziei. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dopiero pod koniec tego meczu zauważyli, ile czasu im zostało i że na chwilę obecną nie mają awansu. Na szczęście nic specjalnego z tego nie wynikło, ale prawdopodobnie to właśnie dlatego, że gospodarze byli fantastycznie przygotowani na wszystkie okoliczności. Złote nerwy złotej drużyny. Za tym tęskniliśmy trzy tygodnie temu!

O tym cudownym meczu chciałoby się mówić w nieskończoność. Sama nie wiem, co bardziej cieszy – mocne zwycięstwo „Azulgrany”, czy fakt, że jeszcze kilka godzin temu to Milan był jedną nogą w ćwierćfinale (ale tylko był). Apelowałam do Was o wiarę w zwycięstwo, bo przecież chodziło o wiarę  w najlepszą drużynę w historii futbolu. Nie zawiodła nas ani ta wiara, ani drużyna, ale, z drugiej strony, może po prostu to Włosi lubią przegrywać 0:4… Nie wnikając w to głębiej, kładziemy się spać z humorami lepszymi, niż  świetne. Visca el Barca!


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/blog/domains/blogfcb.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1273