Napastnik potrzebny od zaraz

 

W klasycznych ustawieniach taktycznych, zawsze przynajmniej jedno miejsce przypada środkowemu napastnikowi. Bramki dają zwycięstwa albo remisy. Na boisku musi znajdować się zawodnik, który będzie czaił się w oczekiwaniu na zagranie z linii pomocy lub obrony i wykorzysta je.

W Barcelonie od pewnego czasu, a konkretniej mówiąc, od czasu przesunięcia Messiego ze skrzydła na środek ataku, tradycyjna rola środkowego napastnika z roku na rok malała, żeby dzisiaj w 2014r. stała się dla wyznawców tiki-taki archaizmem. Jak pokazuje obecny sezon, ale również dwa poprzednie, formuła „fałszywej dziewiątki” kompletnie straciła na znaczeniu. Aby zrozumieć istotę tej pozycji dla gry Barcelony i przeciwnika, trzeba powrócić do początkowych etapów pracy Pepa Guardioli.

Jak wszyscy dobrze wiemy, przygoda Guardioli z pierwszym zespołem Barcelony, to lato 2008r. W pamiętnej kampanii 2008/2009 w składzie Dumy Katalonii było trzech prawdziwych, z krwi i kości, nominalnych środkowych napastników: Henry, Eto i Gudjohnsen, dodatkowo możemy do tych trzech muszkieterów doliczyć młodziutkiego wtedy Bojana, który również grał na tej pozycji. Barcelona grała wtedy ustawieniem 4-3-3, a w linii ataku najczęściej grali Henry (lewe skrzydło), Eto (środek), Messi (prawe skrzydło).

Jak wyglądała klasyfikacja strzelców po zakończeniu sezonu? Messi 38 bramek, Eto 36, Henry 26. 100 bramek rozłożyło się równomiernie na trzech zawodników. W pamiętnym 6-2 na Santiago Bernabeu, Mister zmienił ustawienie drużyny i na środku ataku postawił na Messiego. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę. Faktycznie od kampanii 2009/10 i kolejnych, na środku ataku, co raz częściej mogliśmy zobaczyć Messiego niż, np. kosztującego ok. 70 mln Ibrahimowica. Nikt nie miał pretensji do trenera, bo na środku ataku Messi eksplodował i w roku 2012r. zdobył rekordowe 91 bramek dla klubu i reprezentacji.

Wszyscy byli zadowoleni – do czasu. Problem zaczął się pojawiać wraz z przybyciem do Hiszpanii Jose Mourinho. Genialny taktyk, co prawda zebrał łomot w swoim pierwszym klasyku, ale potem, co raz lepiej neutralizował poczynania Katalończyków. Umówmy się, portugalski trener nie przełamał hegemonii Barcelony, ale nauczył się z nią grać. Największym zagrożeniem w klasykach  był Leo Messi. W końcu, trener Królewskich zrozumiał, że aby zwiększyć swoje szanse na sukces, musi włączyć z gry Argentyńczyka. Messi niemający przestrzeni do gry pod polem karnym przeciwnika, raz za razem, cofał się na swoją połowę żeby mieć jakikolwiek udział w grze. Efekt? Barcelona stała się bezzębna, nie miała czym zagrozić, bo na środku ataku napastnika, do którego można by dogrywać piłki, nie było; a po drugie – skrzydła barcelońskie były skutecznie blokowane i neutralizowane.

Wydawało się, że Guardiola ma wszystko pod kontrolą. Sprzedał Zlatana, Henry’ego, Gudjohnsena, wypożyczył Bojana, a sprowadził na środek ataku Davida Villę. Pytanie, po co. Najlepszy strzelec reprezentacji Hiszpanii zawitał do Katalonii przed sezonem 2010/2011. Pep wymyślił sobie, że skoro Messi tak dobrze gra na środku ataku, to Villa z musu, musi zostać przesunięty na skrzydło.

Cała taktyka funkcjonowała do czasu, kiedy skrzydłowi (Villa, Pedro) byli w formie. Pamiętam, że wiosna 2011 w wykonaniu hiszpańskich skrzydłowych/napastników była bardzo przeciętna. Guardiola w swoim ostatnim sezonie, postanowił urzeczywistnić wizję formacji 3-4-3, w tym celu sprowadził m.in. Fabregasa czy Sancheza. Jak się tamten sezon skończył, wiemy znakomicie. Najlepszym strzelcem był Messi, który zdobył 73 bramki dla Barcy, kolejny w klasyfikacji byli Cesc i Alexis… 15 bramek na głowę.

Powróćmy teraz do mniej odległych czasów. Sezon 2012/2013 to rekordowe mistrzostwo Hiszpanii. Najlepszym strzelcem, mimo problemów zdrowotnych, ponownie był Messi grający na środku ataku. Na boiskach Hiszpanii, gra Barcelony wyglądała jeszcze, jako tako. Maskowanie formy całej drużyny, dyspozycją Messiego i Iniesty w La Liga było możliwe, w Lidze Mistrzów już nie. Porażka z Milanem była symbolem. Barcelona grająca w swoim, najsilniejszym ustawieniu, (pomoc Xavi, Cesc, Sergio, atak: Iniesta, Messi, Pedro) poniosła sromotną porażkę. Przez sporą część tego meczu, Katalończycy grali bez linii ataku – Iniesta i Messi cofający się do pomocy, a na dokładkę Pedro w roli statysty na prawym skrzydle.

Rewanż to już inna bajka. Kluczowym dla odmienienia losów dwumeczu okazał się nie Messi, nie Iniesta, ale David Villa. Ostatni prawdziwy napastnik na pokładzie powoli tonącego statku o nazwie Barcelona. W rewanżu z Milanem w końcu zagrał tam gdzie lubi najbardziej – na środku ataku. Zagrał jako bloker, którego zadaniem była walka z stoperami włoskiego klubu. Barcelona ustawiona była wtedy w formacji 3-4-3, a Messi grał jako mediapunta. To spotkanie, wygrane 4-0, pokazało także, że Barcelona nie może pozwolić sobie na nie posiadanie w kadrze środkowego napastnika. Co się stało po sezonie? Villa odszedł za śmieszne pieniądze do Atletico, w którym dzisiaj gra regularnie i ma na swoim koncie 15 bramek. Sporo jak na gracza sprzedanego za kilka milionów euro.

Obecny sezon dla Barcelony jest o tyle przełomowy, że w kadrze zespołu nie ma ani jednego środkowego napastnika. Skrzydłowi: Neymar, Tello, Sanchez i Pedro, na środku ataku najczęściej grywają Leo lub Cesc. Gra Barcelony nie wygląda dobrze, ostatnie porażki w lidze, pokazują, że pewne utarte schematy gry, muszą zostać zmienione. Messi już nie gra jak napastnik, a jak pomocnik. Co gorsza, przez sporą część gry drepta po boisku. W ataku zieje ogromna pustka. Na dłuższą metę tak grać się nie da. Problem nieregularności Barcelony Taty jest elementem składowym wielu czynników. Nie ma żadnej gwarancji, że ustawienie na środku ataku, np. van Persiego, czy innego środkowego napastnika, przyniesie wymierne rezultaty. Uważam jednak, że posiadanie zawodnika o konkretnej specyfice, pozwoli Katalończykom na opracowaniu wariantu „B”, w sytuacji, kiedy plan podstawowy zawodzi. Co zdarza się niestety coraz częściej.