Nie dla nas ten Klasyk

 

Tak niecierpliwie wyczekiwany Klasyk, tym razem, nie będzie powodem do świętowania, przynajmniej nie dla Cules. Z pewnością warto było spędzić ten sobotni wieczór z La Ligą, nie da się natomiast ukryć smutku i rozczarowania po przegranym spotkaniu, które z początku tak dobrze się zapowiadało. 

Mecz, z obiektywnego punktu widzenia, był naprawdę niezły. Obejrzeliśmy mnóstwo świetnych akcji po obu stronach boiska, niesamowitych interwencji obydwu golkiperów, błyskotliwych zagrań i podań, które były sprytnie przerywane. Dla obojętnego widza El Clasico mogło być idealnym sposobem na ten sobotni wieczór. Ja osobiście skończyłam już trzecią czekoladę z szuflady z naklejką “na pocieszenie”.

Początek, można by rzec, wymarzony dla gości. Wynik spotkania otworzył Neymar w 3. minucie. “Coś wspaniałego!” pomyślałam. Z każdą następną minutą jednak wzrastał we mnie niepokój – skoro Barcę stać było na tak szybką i sprawną akcję, to dlaczego nie powiększa swojego prowadzenia?

Nie możemy stwierdzić, że nie chciała – to nieprawda. Brakowało tylko tej nieszczęsnej skuteczności, ponieważ posiadanie piłki jak zwykle stało po stronie Blaugrany. Królewscy jednak ani na chwilę nie tracili czujności, dlatego starania gości nie dały pożądanego rezultatu, a w efekcie zwycięstwa, na które bez dwóch zdań liczył chyba każdy z nas. Końcówka z kolei przebiegała według schematu, który już raczej zdążyliśmy poznać – próbująca cokolwiek jeszcze naprawić Barcelona, lecz, niestety, bez skutku.

Królewscy niezaprzeczalnie mieli swój dzień i nie chodzi nawet o to, że pokonali Claudio Bravo trzykrotnie. Poza tym, że mieli własny pomysł na grę, bo takowy miała i Barca, konsekwentnie go realizowali. Utkwiło mi w pamięci kilka miłych dla oka i potencjalnie groźnych ataków Dumy Katalonii, lecz, z przykrością muszę przyznać, po stronie Los Blancos w oko wpadło mi ich więcej. Po samym wyniku możemy wnioskować, iż defensywa Barcelony nie grała powalająco, a gdyby doliczyć do tego akcje Realu, w których musiał dwoić się i troić Bravo, okazuje się, że linia obrony pozostawia wiele, wiele do życzenia. Sam bramkarz został nisko oceniony, wydaje mi się jednak, że jego akurat powinniśmy go zrozumieć choć troszeczkę. Gdyby nie on, Królewscy niewątpliwie odesłaliby Azulgranę do domu z silniejszym rozmachem, niż trzy bramki. Nie chcę, by brzmiało to tak, iż Barca cały czas nieśmiało odpierała zmasowane ataki gospodarzy – to zdecydowana przesada. Mecz jednak nie należał do nich. Co więcej, długo wyczekiwany debiut Suareza również nie wiele pomógł.

Gratulacje dla Madrytu. Choć ciężko mi się z tym pogodzić, z pełnym przekonaniem zgadzam się ze słowami Gerarda Pique – wynik był sprawiedliwy. Gdyby Blaugranie w niesamowity sposób udało się doprowadzić chociażby do remisu, teraz mielibyśmy może o niebo lepsze nastroje, ale nie ucieklibyśmy od świadomości, że chwila nieuwagi Los Blancos nie oddaje tego, co oglądaliśmy przez 90 minut na Santiago Bernabeu. Niestety. Podopieczni Carlo Ancelottiego zasłużyli na zwycięstwo 3:1 i komplet punktów. No esta vez, Blaugrano.

 

Real Madryt:

Casillas – Marcelo, Ramos, Pepe, Carvajal – Isco (84′ Illaramendi), Kroos, Modric (89′ Arbeloa), Rodriguez – Ronaldo, Benzema (87′ Khedira)

FC Barcelona:

Bravo – Alves, Pique, Mascherano, Mathieu – Xavi (60′ Rakitic), Busquets, Iniesta (Sergi Roberto) – Suarez (69′ Pedro), Messi, Neymar