Nie tak szybko po te puchary!

Marzy nam się sekstet, ale na razie musimy wrócić na ziemię. Okazuje się, że droga po niego jest trudniejsza, niż się spodziewaliśmy – na drodze Dumy Katalonii wczorajszego wieczora stanął Athletic Bilbao i przed własną publiczności to on rozstrzelał przeciwnika. 

Po tych wszystkich tak pięknych obrazkach, w których to Barca robiła z przeciwnikiem, co chciała, to, co obejrzeliśmy wczoraj, musiało zrzucić Was wszystkich z foteli. To trochę wstrząsające i bardzo boleśnie przywraca nas do rzeczywistości – okazuje się, że trafiliśmy na bardzo, bardzo zły dzień każdego z zawodników Blaugrany, bo nie wychodziło im zupełnie nic.

Być może nie rzucało się to w oczy tak bardzo w pierwszej połowie. Barcelona straciła gola w pierwszym kwadransie, dlatego też pierwsze, co sobie mogliśmy pomyśleć to “znów to samo?” i dojść do wniosku, że podopieczni Luisa Enrique ostatnio naprawdę słabo wchodzą w mecz. Gdy jednak czas upływał dało się zauważyć, że Azulgrana wcale nie zerwała się do kontrataku tak, jak powinno to być – grała jakoś niemrawo, nie stwarzała sobie żadnych klarownych sytuacji, nie umiała się przebić przez obronę Athletiku – i wyglądało to niepokojąco, ale nie mieliśmy innego wyjścia, jak czekać i liczyć na to, że Duma Katalonii w końcu wyrwie się z tego dziwnego amoku. I co? Skończyła się pierwsza połowa, nie obejrzeliśmy żadnych większych emocji niż trafienie Mikela San Jose w 13. minucie . Dalej więc liczyliśmy na to, że ten chaos zostanie ogarnięty w szatni.

Później okazało się, że stan 1:0 tak naprawdę powinien być szczytem naszych marzeń – Athletic, jakby jeszcze bardziej zmotywowany do dalszej walki, był dokładnie tym, który rozdawał karty i panował nad tym, co dzieje się na boisku. Blaugrana wróciła na boisko bowiem nie mniej zdezorientowana i bezbarwna, jak w pierwszej partii meczu, a to znalazło odzwierciedlenie w grze niezwykle szybko. W 53. minucie prowadzenie gospodarzy powiększył Aritz Aduriz po błędzie Sergi Roberto, by za niecałe dziesięć minut zrobić to raz jeszcze. Brakło słów na to, co oglądaliśmy na San Mames – dawno, naprawdę dawno już nie widziałam Barcelony, która kompletnie nie miała pomysłu na grę, nie miała bladego pojęcia, jak “ugryźć” rywala, by przynajmniej zmniejszyć tę przewagę. “Katastrofa” można by pomyśleć. A to wcale nie był koniec! Kręciliśmy głową z niedowierzaniem, kiedy widzieliśmy, że zawodzą wszyscy, od Ter Stegena po Leo Messiego. Co jednak stało się sześć minut po drugim golu Aduriza? Fatalny błąd popełnił Dani Alves we własnym polu karnym przy rzucie rożnym Basków, a to oczywiście zaowocowało rzutem karnym i hat trickiem dla napastnika z Kraju Basków. To zaś, co działo się później, to w pewnym stopniu powtórka z pierwszych 45. tego pucharowego spotkania – Barca biegała bezradnie za piłką próbując bezskutecznie wyprowadzić jakąkolwiek akcję w pobliżu bramki Iraizosa, lecz nic konkretnego z tego nie wynikało. Był to prawdziwy obraz zupełnie rozbitych Katalończyków, którzy, koniec końców, przegrali to spotkanie 4:0.

Marzy nam się sekstet, lecz myślę, że bardzo mocno dostaliśmy po głowie za zacieranie na niego rąk już w sierpniu, bo tak to powinniśmy nazwać. Sekstet jeszcze przed meczem na San Mames był bardzo, bardzo odległym celem, a teraz oddalił się jeszcze bardziej. Nie wiem, z jakiej przyczyny Barca rozegrała tak tragiczne spotkanie, ale domyślam się, że ostatni sukces w Superpucharze Europy miał w tym swój udział – to dość niebezpieczne osiąść na laurach zbyt wcześnie, a wygląda na to, iż piłkarze Lucho nieco sobie na to pozwolili.

Pozostaje nam wierzyć, iż Blaugranę stać na remontadę. Będziemy musieli się wyjątkowo wysilić, bo przed nią ogromnie trudne, ale nie niemożliwe zadanie.

Athletic Bilbao:

Iraizos – Balenziaga, Laporte, Etxeita, Marcos – Jose, Benat – Sabin (66′ Inigo Lekue), Eraso (77′ Gurpegi), Susaeta (85′ Bóveda) – Aduriz

FC Barcelona:

Ter Stegen – Alves, Bartra, Vermaelen, Adriano – Rafinha (52′ Iniesta) , Mascherano, Roberto (60′ Rakitic) – Messi, Suarez, Pedro (71′ Ramirez)