Nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz

Przed Barceloną decydująca faza rozgrywek w sezonie 2013/2014. Runda rewanżowa La Liga, faza pucharowa Copa del Rey, a wisienką na torcie będzie rozpoczęcie w lutym zmagań w Lidze Mistrzów również w fazie pucharowej. 

Za Dumą Katalonii prawie pięć miesięcy rywalizacji na trzech frontach. Tydzień temu symbolicznie została zamknięta pierwsza część sezonu, która w wykonaniu podopiecznych “Taty” Martino wygląda bardzo przyzwoicie. Pierwsze miejsce w lidze, dzielone z Atletico Madryt (Katalończycy mają lepszy bilans bramkowy), zapewnienie sobie pierwszego miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów. A w mijającym tygodniu wywalczony awans po dwumeczu z Getafe (6-0) w Pucharze Króla.

Pierwsza część kampanii Gerardo Martino jest godna pozazdroszczenia. Jednak to już historia. Nie ma znaczenia, że w październiku Barca wygrała kolejne Gran Derbi. Superpuchar Hiszpanii wywalczony jeszcze w sierpniu też nie ma większego znaczenia. Bo co prawda gablota klubowa powiększyła się o kolejne trofeum, ale w maju 2014 istnieje ryzyko, że ten tryumf nie będzie miał większego znaczenia.

Rundę jesienną jedni oceniają pozytywnie, inni próbują doszukiwać się wad w grze Barcelony. To nie ma znaczenia. Tak naprawdę sezon rozpoczął się od rewanżowego spotkania z Levante. To spotkanie  zainicjowało batalię, która swój finał będzie miała w maju. Albo Barcelona wygra coś, albo nic. Wróci z tarczą, albo na tarczy. Po zakończeniu sezonu, w wypadku braku sukcesów, nikt nie będzie pamiętał o tym, że gdzieś tam w październiku czy listopadzie, Barcelona miażdżyła swoich rywali.

Zwycięzca bierze wszystko. Rozgrywki ligowe, przez wielu deprecjonowane (bo to liga dwóch drużyn), są jedynym i realnym wyznacznikiem formy danego zespołu w przeciągu 10 miesięcy. Obecny sezon 2013/2014 to już nie liga dwóch drużyn, ale trzech. Na tę chwilę marzy mi się, aby mistrzostwo Hiszpanii, rozstrzygnęło się na Camp Nou w ostatniej kolejce ligowej, kiedy to Blaugrana będzie podejmowała (mam nadzieję) drugą drużynę w tabeli, czyli Atletico Madryt. Nie żebym nie doceniał potencjału i zagrożenia ze strony Realu Madryt, ale już najwyższa pora rozbić ten duopol hiszpański. O mistrzostwie La Liga mogą faktycznie zadecydować mecze pomiędzy tą wielką trójką! Barcelona na Santiago Bernabeu i Real na Vicente Calderon, a na koniec Atletico na Camp Nou. Pierwszy raz od kilkudziesięciu lat, na tym etapie sezonu, aż trzy pierwsze zespoły dzieli różnica zaledwie jednego punktu. Oby tak pozostało aż do maja. Dla dobra całej ligi.

W Pucharze Króla, który również do czasu przyjścia Guardioli był traktowany po macoszemu, Barcelona także ma realne szanse na zwycięstwo. Los Katalończykom sprzyja, i w drabince turniejowej udało się uniknąć obu drużyn z stolicy Hiszpanii (Realu i Atletico). Jedni uznają to za plus, inni za minus. Niby w dwumeczu łatwiej o zwycięstwo, ale ja tam wolę walkę o pełną pulę w jednym pojedynku. Dotarcie do finału to absolutne minimum dla Barcelony. Każdy inny rezultat będzie postrzegany jako ogromna porażka.

Na koniec wspomniana wyżej wisienka na torcie, czyli Liga Mistrzów. Tu już tak kolorowo nie jest. Za niecały miesiąc najbardziej elitarne rozgrywki na świecie powrócą. Los zetknął już w 1/8 finału Barcelonę i Manchester City. Kto od czasu do czasu spogląda w kierunku Wysp Brytyjskich, wie, że City w tym sezonie pod wodzą nowego trenera sieje spustoszenie. Szczególnie u siebie, na Eitihad, drużyna Pellegriniego doznała zaledwie jednej porażki we wszystkich rozgrywkach. Nie bez znaczenia jest fakt, że obecnie Manchester City jest najbardziej bramkostrzelną drużyną w Europie. W moim odczuciu Barcelona w końcu trafiła na rywala godnego siebie już na tym etapie. Z całym szacunkiem, ale w kilku poprzednich edycjach LM Barcy przyszło się mierzyć nie zawsze z uznanymi ekipami. Czy Barcelona podoła temu wyzwaniu? Ciężko stwierdzić z całą pewnością, bo City chyba w końcu potrafi wykorzystać potencjał jaki ma – Toure, Silva, Negredo, Kun Aguero. Stracie superciężkie, w którym Duma Katalonii nie może czuć się faworytem.

Barcelona może i wygrywa mecz za meczem, ale wystarczy jedno potknięcie, jedna chwila nieuwagi i dekoncentracji i sezon może zakończyć z Superpucharem. W tym kontekście kluczowa wydaje się rola trenera. Kadra jest dobra. Jeżeli Tata będzie umiejętnie rozdzielał minuty każdemu zawodnikowi (każdemu!), to jest szansa, że na wiosnę Barcelona nie będzie wypalona i zmęczona, co mogliśmy zaobserwować kilka miesięcy temu. Trzeba skorzystać z przebudzenia Pedro i Sancheza, z formy Fabregasa. No i z Leo Messiego. To, że po powrocie strzelił 4 bramki w 160 min. nie znaczy, że La Pulga musi znowu grać po 90 min. w każdym meczu. Tylko z zdrowym i w pełni formy Messim, Barcelona ma szansę na zwycięstwo na wszystkich frontach. Będzie o to niezwykle ciężko, ale nie jest to coś niewykonalnego. Szczególnie dla tych zawodników i dla tego zespołu.