Nie za szczęśliwie w nowy rok

Nie za dobrze rozpoczął się ten rok dla Azulgrany. W derbach Barcelony nie zdołała ona zdobyć trzech oczek, nie padły nawet żadne gole. W rezultacie, po zwyczajnym, ale bynajmniej nie bezstresowym spotkaniu przeciw Espanyolowi, obejrzeliśmy remis 0:0.

To bardzo ciekawe, że prawie wszystkie mecze Blaugrany, w których ta straciła punkty, wyglądają, dosłownie, identycznie. Rozpoczyna ona z przytupem, a zaraz potem zdecydowana większość tego zapału gdzieś się ulatnia; w efekcie gra Dumy Katalonii staje się niemrawa, bezbarwna, bez wyrazu, spotkanie zaś – monotonne i usypiające. Teraz jednak trochę to zgeneralizowałam, bo problemem w tym meczu nie był bynajmniej brak emocji – na murawie iskrzyło kilkakrotnie, ale nie takich wrażeń było nam potrzeba.

Tym razem także tempo nie było znowuż na tyle ospałe, byśmy zasypiali przed telewizorami, ale wystarczająco zbyt słabe, by wywalczyć komplet punktów. Z drugiej strony jednak muszę wspomnieć, że o ile w pierwszej partii spotkania Barcy mogło brakować rozpędu, tak w drugiej nie ma już wytłumaczenia na brak efektywności. To, co warto wymienić z pierwszych 45. minut to, de facto, ostatnia akcja tej partii – w 44. minucie Andres Iniesta został skutecznie zatrzymany, choć jego sytuacja pod bramką Pau była naprawdę niebezpieczna. Hiszpan był też na spalonym, arbiter tego jednak nie zauważył.

Obie połowy przebiegały dość podobnie, druga może nieco intensywniej w wykonaniu gości – dało się wyróżnić naprawdę niezłą akcję z 55. duetu Rakitić i Suarez, jednak piłka uderzyła o poprzeczkę, albo poprzedzające ją strzały Neymara lub Messiego, które, pomimo swojego uroku, zostały zablokowane – i na tym niestety koniec przebłysków Barcelony. Wspomóc kolegów chciał również niejednokrotnie Sergio Busquets, ale jemu, podobnie jak reszcie, nie dopisywało szczęście. Espanyol zaś nieznacznie próbował się odgryźć, lecz podobnie, bez żadnego skutku i większego zagrożenia dla Claudio Bravo – zanotowali bowiem chyba tylko jedną ciekawą sytuację, około 52. minuty.

Gospodarze częściej natomiast prowokowali– sędzia pokazał tego wieczora aż siedem żółtych kartek, przy czym należy pamiętać, że nie karał każdego zaistniałego incydentu. Na przykład, ostrzeżenia dostali Mascherano i Gonzalez w 22. minucie, przy czym minutę później obaj znów się na siebie natknęli, a interweniować musiał arbiter. Na murawie parę razy leżał też Neymar, ale sam nie pozostał dłużny w 86. minucie, za co także obejrzał żółty kartonik.

Niewiele więcej można dodać. Ta sobota bez dwóch zdań nie należała do Barcelony i dobrze było to widać w tym spotkaniu. Blaugrana nie pozbyła się jeszcze podobnej zmory, która raz na jakiś czas powraca. Z drugiej strony jednak przesadziłabym, mówiąc o tragedii i katastrofie, bo, jak na razie, sytuacja Dumy Katalonii w tabeli Primera Division jest niezła, szkoda jedynie wcześniej wypracowanej przewagi nad rywalami z Madrytu. Warto też wspomnieć, że już zaraz drużynę wzmocnią Aleix Vidal i Arda Turan, a to, nawet jeśli nie zaowocuje natychmiast, wniesie dużo świeżości do ekipy. Luis Enrique będzie musiał dobrze zaplanować tę układankę, bo wczorajsze spotkanie pokazało, że niekiedy Barca tejże świeżości potrzebuje.

RCD Espanyol:

Pau – Alvarez, Roco, Gonzalez, Lopez – Diop, Jordan (79′ Abraham)– Burgui (60′ Moreno), Asensio, Perez – Caicedo

FC Barcelona:

Bravo – Alves, Pique, Mascherano, Alba – Rakitić (71′ Roberto), Busquets, Iniesta – Messi, Suarez, Neymar