Niespełnione nadzieje: Giovani Dos Santos

Giovanni dos Santos

W tym tygodniu na tapetę naszego cyklu bierzemy postać Giovaniego Dos Santosa – piłkarza, który powinien być kojarzony nawet tym najmłodszym fanom Blaugrany. Meksykanin urodził się 11 maja 1989 roku w Monterrey. Za nieco ponad dwa tygodnie będzie więc obchodził swoje 25. urodziny.

Utalentowany zawodnik zaczynał swoją karierę w klubie z rodzinnego miasta. Najpierw osiągał międzynarodowe sukcesy i otrzymywał wyróżnienia w juniorskich zespołach, natomiast później był jedną z kluczowych postaci profesjonalnego zespołu Club Monterrey. Podczas jednego z turniejów, w którym brał udział ten klub, wielki talent piłkarza zauważyli skauci Barcelony. Katalończycy nie wahali się długo i od razu zaproponowali całej rodzinie przenosiny do Hiszpanii. Giovani od razu został włączony do szkółki. Co ciekawe, także jego dwaj bracia – starszy Eder i młodszy Jonathan – próbowali dołączyć do młodzieżowych ekip Barcy. Sztuka ta udała się tylko, obecnemu graczowi Dumy Katalonii, Jonathanowi.

Wracając do naszego bohatera – rozgrywał on bardzo dobre kolejne sezony nie tylko w hiszpańskim klubie, ale także w turniejach reprezentacyjnych. W Mistrzostwach Świata U-17 w 2005 roku Dos Santos otrzymał Srebrnego Buta jako nagrodę dla drugiego najlepszego piłkarza zawodów. Przed sezonem 2006/2007 Meksykanin otrzymał szansę zaprezentowania swoich umiejętności podczas wspólnych treningów z pierwszą ekipą. Ofensywny zawodnik rozegrał jednak tylko spotkania towarzyskie. W czasie trwania kampanii nie zagrał w żadnym pojedynku, ponieważ Frank Rijkaard nie potrafił go obdarzyć zaufaniem ze względu na jego młody wiek. W drugiej ekipie zaliczył za to 27 występów, w których sześciokrotnie wpisał się na listę strzelców. Jego rola w tamtej drużynie była bardzo wielka.

Jednakże dopiero w sezonie 2007/2008 stał się pełnoprawnym członkiem teamu Rijkaarda. Jego debiut przypadł na 2 września 2007 roku i domowe, wygrane spotkanie z baskijskim Athletikiem. Natomiast 18 dni później zaliczył premierowe chwile w Champions League, kiedy wszedł na ostatnie 10 minut także zwycięskiego meczu z Lyonem, również rozgrywanego na Camp Nou. Ogólnie skrzydłowy wystąpił 28 razy w lidze, 4 w krajowym pucharze i 5 w LM. Większość z tych meczów rozpoczynała się dla niego jednak w zaawansowanej części drugiej połowy, dlatego nie mógł być zadowolony z całkowitej liczby minut. Zdobył 4 gole – 1 w rozgrywkach europejskich, a 3 w La Liga. Ciekawostka – wszystkie w jednym spotkaniu, w ostatniej ligowej kolejce z Realem Murcia. Był to ponadto jego finałowy występ w bordowo-granatowej koszulce.

Około 6 milionów euro. To cena, którą Tottenham Hotspur wyłożył za nieoszlifowany meksykański diamencik. Czas w Anglii można określić jednym przymiotnikiem – kompletnie nieudany. Przysłówek dodany jest po to, by podkreślić, jak bardzo nietrafioną decyzją były przenosiny na Wyspy. 6 meczów ligowych, 2 pucharowe i 4 w Europie. Podczas tych spotkań zdobył zaledwie jednego gola – w Pucharze UEFA z Szachtarem. Przede wszystkim zawodnik nie umiał przestawić się na warunki angielskiej ekstraklasy. Często błądził po boisku jak dziecko we mgle. Znakomita technika to nie wszystko, zawodnik był zbyt wątły, by walczyć z najlepiej zbudowanymi obrońcami. Stąd narodził się pomysł, by wypożyczyć go na wiosnę do Ipswich Town, który grał na zapleczu Premier League. Tam reprezentant swojego kraju rozegrał 8 spotkań i strzelił 4 bramki. Rezultat zatem dużo lepszy.

Widząc potencjał drzemiący w osobie Meksykanina, sztab szkoleniowy Kogutów nie miał zamiaru pozbywać się go po jednym słabszym sezonie. Pierwsza połowa następnej temporady była dla niego bardzo zła. Brał udział w zaledwie 3 pojedynkach – 1 ligowym i 2 pucharowych. Wielki wpływ miała na to kontuzja kostki, która wykluczyła go z gry na bardzo długi czas. W zimowym okienku transferowym postanowiono go więc wypożyczyć. Tym razem nie był to słabszy kadrowo angielski zespół, ale Galatasaray Stambuł, do którego dołączył pod koniec stycznia 2010 roku. Tam zaliczył 18 występów – większość w wymagającej lidze tureckiej. Nie zdobył tam gola, jednak pozostawił po sobie nie najgorsze wspomnienia, które znowu pozwoliły mu wrócić na White Hart Lane z nadzieją, że dostanie w końcu poważniejszą szansę na zaistnienie.

Meksykanin wypadł jednak z łask Harry’ego Redknappa, przez co dostał wspomniane okazje 3 razy w lidze i raz w Pucharze Ligi. Nie będąc w rytmie meczowym piłkarz miał problemy z grą na swoim najlepszym poziomie, dlatego po raz trzeci zdecydowano się na wypożyczenie. Wybrano Półwysep Iberyjski, a konkretnie średniaka Primera Division – Racing Santander. Skrzydłowy stał się tam od razu niekwestionowanym liderem. 16 spotkań i 5 goli tylko to potwierdza. Także dzięki niemu klub zajął bezpieczne miejsce na początku drugiej dziesiątki.

Kampania 2011/2012 była pierwszą całą rozegraną w angielskim klubie. Słowo “rozegrana” jest tutaj podane trochę na wyrost, bo ambicje 22-latka sięgają wyżej niż 13 spotkań na przestrzeni 9 miesięcy. I to jeszcze takiego niebanalnego 22-latka. 7 występów na boiskach Premier League i… wszystkie po wejściu z ławki. Sezon uratowały dwa strzelone gole – jeden w Pucharze Anglii i jeden w – totalnie zepsutej przez całą ekipę – Lidze Europy (mecz z Shamrock Rovers). Coraz częściej pojawiały się informacje o kłopotach wychowawczych. Piłkarz nie omijał nocnych klubów, a także zdarzyło mu się spóźniać na treningi. Być może była to jedna z przyczyn, dlaczego nie posiadał wystarczającego zaufania szkoleniowca.

Giovani miał tego dość. W ciągu czterech lat zagrał w koszulce Tottenhamu w nieco ponad 30 meczach. By bardziej tę statystykę zobrazować, wystarczy powiedzieć, że na miesiąc zagrał średnio raz. Trzeba jeszcze dodać, że dużą większość tych spotkań rozgrywał po wejściu z ławki rezerwowych. Meksykanin zdecydował się coś zmienić. Latem 2012 roku trafił Mallorki. Tym razem był to już transfer definitywny. Dos Santos był kluczową postacią w nowej drużynie zdobywając 6 goli i dokładając 7 asyst w 32 meczach. Mimo zajęcia miejsca, które spowodowało spadek, skrzydłowy pokazał swoje dużo lepsze oblicze.

To spowodowało, że po relegacji ekipy z Majorki do Segunda, Gio nie mógł narzekać na brak ofert. Najkonkretniejszy był Villarreal, dla którego doświadczony już zawodnik miał być zdecydowanym liderem. Jesień była dla niego bardzo udana. Był jednym z najlepszych zawodników swojej ekipy, która od początku jest zaangażowana w walkę o europejskie puchary. Od nowego roku Dos Santos, jak cała ekipa, spuścił nieco z tonu. Mimo wszystko 11 zdobytych goli i 7 asyst są statystykami, z których włodarze Żółtej łodzi podwodnej powinny być zadowolone. Dość powiedzieć, że w barwach hiszpańskiego klubu rozegrał tyle meczów w czasie jednego niepełnego sezonu, ile podczas czterech lat jako gracz zespołu z Londynu.

Giovani Dos Santos był swego czasu postrzegany jako przyszła wielka gwiazda Camp Nou. Co zatem poszło nie tak? Wydaje się, że piłkarz za szybko podjął się wielkiego wyzwania, jakim było przeniesienie się do Anglii. Jego wyjazd ze stolicy Katalonii był rzuceniem się na głęboką wodę. Wyjeżdżając na Wyspy, Meksykanin miał zaledwie 19 lat. Nie sprostał wyzwaniu, którym było zaistnienie w świecie tamtejszego futbolu. Przez to musiał tułać się po świecie, by zbierać szlify potrzebne do bycia świetnym piłkarzem. Gio musiał się odbudowywać piłkarsko, ale również mentalnie w klubach pokroju Ipswich, czy Racing Santander, które spełnieniem jego dużych ambicji raczej nie są. Być może wystarczyło być bardziej cierpliwym, a doczekałby się większej szansy w Barcelonie. Raczej nie ma szans, by reprezentant Meksyku ponownie zawitał do ekipy mistrzów Hiszpanii. Jego dobra gra w Villarreal może sprawić, że lepsze kluby będą oferować za niego duże pieniądze, ale nie powinny być to drużyny walczące o najwyższe cele w Europie i na świecie. Dos Santos jest wielce utalentowany technicznie, co jest bardzo pożądane przez menedżerów najlepszych ekip, ale problemem dla niego może być pełne podporządkowanie się wizji trenera. Ten niespełna 25-latek będzie miał jeszcze okazję, by spróbować swoich sił w lepszym zespole, aczkolwiek według mnie powinien postarać się o jak najlepsze występy w barwach Żółtej łodzi podwodnej, by pokazać, że na takowe szanse zasługuje.

 

Poniżej dwa filmiki potwierdzające wyśmienitą technikę i panowanie nad piłką Gio.

Gol zdobyty w finale Gold Cup CONCACAF 2011 przeciwko USA (zwycięstwo Meksyku 4:2):

 

Gol zdobyty w tym sezonie w przegranym 4:2 spotkaniu z Realem Madryt na Santiago Bernabeu: