Niespełnione nadzieje: Marc Muniesa

862710-14588104-640-360

W dzisiejszym odcinku naszego cyklu o nie do końca spełnionych talentach w katalońskim klubie przyszła pora na Marca Muniesę. Ten hiszpański zawodnik, w zakończonym ponad dwa miesiące temu sezonie występujący w angielskim Stoke City, powinien być kojarzony przez wielu współczesnych fanów Blaugrany. A jak przebiegała jego dotychczasowa kariera?

Hiszpan przyszedł na świat 27 marca 1992 roku w słynnym Lloret de Mar, położonym jakieś 70 km od serca Katalonii. Jako młody chłopiec grał w miejskim klubie Lloret CF, po czym jako 10-latek przeniósł się do szkółki Barcelony. Przez wszystkie szczeble La Masii przechodził dość szybko i w 2009 roku trafił do drugiej drużyny grającej wówczas w Segunda Division B. Ciekawostką jest fakt, że podobno nie brakowało dużo, by w wieku 15 lat dołączył do londyńskiej Chelsea. Nie chciał jednak opuszczać Hiszpanii, a przede wszystkim wolał kontynuować swoją przygodę w Barcelonie.

Nim jednak dołączył do ekipy Luisa Enrique przed sezonem 2009/2010, zaliczył jeden występ w pierwszym zespole w kampanii wcześniejszej. 23 maja 2009 roku wszedł jako zmiennik w przegranej potyczce z Osasuną na Camp Nou. Nie miała ona jednak większego znaczenia, bowiem Duma Katalonii już była mistrzem kraju. Marc został za to drugim najmłodszym debiutantem w historii klubu (po Bojanie). Ponadto był w kadrze meczowej podczas finału Ligi Mistrzów rozgrywanego przeciwko Manchesterowi United.

We wspomnianym już sezonie 2009/2010 Marc wraz z zespołem rezerw prezentował swoje umiejętności w Segunda Division B. Rozgrywki te były niezwykle udane, bowiem drużyna wywalczyła awans na zaplecze hiszpańskiej ekstraklasy. Obrońca wystąpił w 19 spotkaniach, w których raz udało mu się pokonać bramkarza rywali.

Kolejny rok również był dla niego dobry. Na zapleczu Primera Division wystąpił 23 razy oraz zdobył 2 bramki. Widać było, że na tle rywali prezentuje się obiecująco. Mając 18-19 lat, nie obawiał się rywalizacji z lepszymi często zawodnikami. Braki techniczne niwelował walecznością. Radził sobie nieźle i na środku obrony, i na jej lewym boku. Ta wszechstronność połączona z wielką pracowitością podobała się ówczesnemu trenerowi, Luisowi Enrique. Niestety, Marc nie dostał żadnej szansy, by zagrać w pierwszej drużynie.

Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, to swoje okazje otrzymał w kampanii 2011/2012. Muniesa balansował na granicy między obiema drużynami, czego efektem było rozegranie 24 potyczek w Barcelonie B oraz trzy występy w pierwszej drużynie. Za każdym razem było to wejście z ławki rezerwowych – w lidze z Getafe oraz w Lidze Mistrzów z BATE Borysów oraz Bayerem. Łącznie spędził na placu gry w barwach zespołu A nieco ponad godzinę.

Dobra postawa obrońcy spowodowała, że przed kolejną temporadą został włączony na stałe do drużyny prowadzonej wówczas przez Tito Vilanovę. Pod koniec lipca dotarła do nas jednak wiadomość o zerwanych więzadłach w kolanie zawodnika. Oznaczało to co najmniej pół roku rehabilitacji. Z gry w jednej ekipie razem z Xavim i Messim nic więc nie wyszło. Po kontuzji Marc powrócił do Barcy B i rozegrał tam 11 spotkań.

W lipcu ubiegłego roku piłkarz zdecydował się rozpocząć nowy rozdział w swoim piłkarskim życiu. Za darmo dołączył do angielskiego Stoke City. Dla wielu było to posunięcie dość dziwne, ponieważ Marc to zawodnik o niezbyt wielkiej posturze, co w tamtejszej lidze mogło być dla niego wielką trudnością. Mimo tego, zawodnik nie radził sobie aż tak źle. Z reguły był rezerwowym i występował na lewym boku defensywy. Łącznie we wszystkich rozgrywach zaliczył 17 meczów, w których na boisku spędził ponad 1100 minut. Jak na pierwszy sezon na Wyspach, nie jest to wynik wstydliwy. Kolejny sezon Muniesa również rozegra w tym zespole. Kilka tygodni temu dołączył do niego inny były piłkarz Blaugrany, Bojan Krkić.

Co przesądziło o tym, że Muniesa nie odniósł sukcesu w pierwszej drużynie? Pierwsza odpowiedź, która przychodzi mi na myśl – jego kruchość. Kiedy wydawało się, że może stać się kolegą z szatni Gerarda Pique czy Carlesa Puyola, na drodze stanęła mu poważna kontuzja, nie pierwsza zresztą w jego karierze. Poza tym wielka konkurencja panowała w tym czasie na tej pozycji w rezerwach. Przecież mniej więcej w tym samym czasie do drzwi pierwszego zespołu pukali Bartra i Fontas. Kiedy Marc przechodził do Stoke, szczerze przyznam, że również byłem mocno zdziwiony, ale pokazał, że nawet w tak mocno fizycznej lidze może sobie poradzić. Mimo tego, nie wróżę mu na dłuższą metę w Anglii wielkiej kariery. Sądzę, że w najbliższym czasie powinien poszukać sobie klubu w kraju, w którym futbol jest mniej twardy. Oczywiście z chęcią zobaczyłbym go biegającego znowu po boiskach hiszpańskich. Jak będzie, wie chyba tylko sam piłkarz. My możemy tylko trzymać za niego kciuki.