(Nie)trzeźwym okiem: Nie, nie poślizgnął się!

Alexis Sanchez nie poślizgnął się w meczu towarzyskim z Paris Sain-Germain. Alexis Sanchez bezczelnie, chamsko i bez cienia wstydu zasymulował, a Barcelona odniosła w ten sposób korzyść, w postaci rzutu karnego, którego wykorzystał Leo Messi. W konsekwencji zremisowała z PSG, a potem wygrała w konkursie jedenastek. Jeśli ktoś myśli, że jest inaczej, to powinien jak najszybciej zbadać stan swojego umysłu.

Czasami zastanawiam się, ile jeszcze zostało z hasła “Mes que un club”. Jak traktują je piłkarze, działacze, trenerzy Barcelony? A jak jej kibice? Czy to już czasem nie jest tylko pusty slogan, marketingowy chwyt, zwykły napis, który ładnie wygląda na koszulkach? Co takiego czyni Barcę “czymś więcej niż klub”?

Często kibice Blaugrany chlubią się tym, że Barcelona to ucieleśnienie romantycznego futbolu – mnóstwo wychowanków, radość z gry, fair play, ofensywa. To niby czyni Barcelonę lepszą od innych zespołów.

Problem jednak w tym, że kiedy dochodzi do takich sytuacji jak ta, z udziałem Sancheza, wszyscy  milczą. Albo – i tak jest także w tym przypadku – szukają usprawiedliwień. “On się poślizgnął, na pewno”, “nie chciał tego”, “to sędzia się nie popisał”, “przyaktorzył, ale co z tego, co zrobić?” – tego typu komentarze różnych oszołomów czytam od wczoraj na forach, facebookach i innych youtube’ach. Otóż, mili państwo – nie, Alexis się nie poślizgnął. On w chamski i wybitnie bezczelny sposób wymusił rzut karny. Zasymulował. Więcej, Alexis wszedł na nowy poziom skurwysyństwa – zasymulował w meczu towarzyskim!

I trzeba głośno o tym powiedzieć. To właśnie powinno czynić Barcelonę “czymś więcej niż klub”. Nie szukajmy tanich usprawiedliwień. Nie czyńmy z tego hasła czegoś, czym można sobie wytrzeć gębę. Nie wywyższajmy Barcelony tylko dlatego, że w jej składzie gra kilku wychowanków. To na pewno ewenement, ale nie przesadzajmy.

Brakuje mi głośnego głosu sprzeciwu. Kiedy Thierry Henry ręką odbierał Irlandii mistrzostwa świata, nikt z Barcelony nie powiedział głośno: “Nasz piłkarz nie powinien się tak zachowywać. To niegodne dla kogoś, kto zakłada bordowo-niebieską koszulkę”. Pep Guardiola, ten wielki Pep Guardiola – filozof futbolu, milczał, kiedy Sergio Busquets robił z siebie pośmiewisko internetu. Milczał Sandro Rosell, kiedy Leo Messi na Santiago Bernabeu kopnął piłkę  w kibiców. Bo to przecież nasz mały geniusz! Milczy teraz Tito Vilanova, kiedy Sanchez potyka się o powietrze w sparingu. Widać, że od Guardioli przejął nie tylko garderobę, ale i maniery.

Można się czepiać, że niepotrzebnie rozdmuchujemy takie sprawy. Można sobie gadać, że przecież to tylko drobnostka, że wszyscy tak robią. Owszem, wszyscy. Barcelona też i nie mam co do tego złudzeń – w końcu to tylko futbol. Tylko, że w świecie, gdzie rządzi pieniądz, gdzie nawet Barcelona straciła to, co ją kiedyś wyróżniało – czyli sprzedała miejsce na koszulkach, warto przenieść hasło “Mes que un club” na inną płaszczyznę. Powiedzieć głośno – Alexis przesadził, Alexis popełnił błąd i na konferencji prasowej przeprosi wszystkich.

To właśnie powinno wyróżniać Barcelonę. I to pokazałoby hejterom z Madrytu, Manchesteru czy Londynu, że kibice i działacze nie robią z tych słów tylko pustego hasła, które ładnie się sprzedaje.