(Nie)zbędne zwycięstwo

Barcelona rozegrała w sobotę bardzo trudne spotkanie na Camp Nou. Wygrała 3:1 ze Sportingiem Gijón.

Nie udało się Sportingowi pokonać Barcelony mimo, że byli o krok do sprawienia niespodzianki. W obliczu tylu nieobecności (zabrakło Messiego, Thiago, Abidala i Busquetsa), oraz po meczach reprezentacji (czyt. wirus FIFA), Barcelona zagrała topornie.

Rojiblancos od momentu zmiany trenera zaczęli w mojej ocenie grać nieźle. Faktem też jest to, że Gijón nie bardzo „leży” Barcelonie. Ostatnimi czasy często męczyli się z tą drużyną, która grała uważnie w obronie przez co ciężko było graczom z Katalonii wbijać im bramki. Tym razem też łatwo nie było.

Tercet Pedro, Fabregas, Cuenca nie stanowił nawet jednej dziesiątej siły ognia Katalończyków, gdy grają w składzie z Leo Messim i Alexisem Sanchezem. Jednak pomimo to wygrali z bardzo defensywnie usposobionym przeciwnikiem w meczu, w którym wszystkie boiskowe wydarzenia nie były po stronie Barcelony.

Najjaśniejszą postacią aktualnego mistrza La Liga był Malijczyk Seidou Keita. Kiedy Barcelonie nie przyznano jak najbardziej słusznego rzutu karnego za zagranie ręką w polu karnym jednego z obrońców gości, chwilę później nieupilnowany przez defensorów Keita zdobył gola efektownym, bo technicznie cudownym strzałem w samo okienko bramki pilnowanej przez Juana Pablo. Było to jego pierwsze trafienie sezonu. Nawet Pep Guardiola skomplementował po spotkaniu wyczyn Malijczyka. „To było golazo. On nigdy nie gra źle. Robi wszystko najlepiej, kiedy tylko go potrzebuję. Sprawia, że moja praca jest łatwiejsza. Mam nadzieję, że zostanie tutaj tak długo jak to tylko możliwe” .

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje prywatne pozytywne odczucia ze spotkania, które nota bene obejrzałem z ogromnymi problemami natury technicznej. Piłkarze Gijón w kontekście spotkania z takim przeciwnikiem jak ekipa Guardioli, naprawdę nie mieli się czego wstydzić. Po remisie tydzień wcześniej z Racingiem Santander podopieczni Javiera Clemente wydawali się być skazani na pożarcie przez Katalońskiego kolosa. Tym razem mecz miał nieco inny oddźwięk. Po zakończeniu starcia baskijski szkoleniowiec był pewien, że jego podopieczni mogli osiągnąć zdecydowanie lepszy rezultat w starciu z Dumą Katalonii. Jednak z drugiej strony przegrana dała przykrą lekcje jemu jak i jego zawodnikom.

Na Camp Nou Rojiblancos wybiegli z aż pięcioma zawodnikami w linii defensywy. I to, jakby nie patrzeć na przebieg spotkania, przyniosło ciekawe efekty. Barcelona co prawda grała piłką, utrzymywała się przy piłce i to ona była stroną (zdecydowanie?) lepszą. Mimo tego miała spore problemy by przebić się przez blok defensywny wzniesiony przez Suareza, Orfile, Galveza, Botie i Canelle. Do tego tuż przed nimi ustawieni zostali Andre Castro i Nacho Cases. Solidny autobus. Takie założenie taktyczne trenera Clemente sprawiło, że czystych sytuacji bramkowych było dla Barcy jak na lekarstwo. Powiedzieć sobie należy ze szczerością serca i intencji, że pierwsza połowa z jej przebiegu wyglądała na nudną po prostu.

W drugiej odsłonie Asturyjczycy postanowili nieco zmienić ustawienie i powrócić do gry z Davidem Barralem. Przekaz Clemente był jasny: atakujemy panowie! Zabieg ze zmianą, przyniósł efekt już bodaj minutę później, kiedy po nieudanym rzucie wolnym poszła akcja prawym skrzydłem, piłka została zagrana do środka i tam właśnie Barral świetnie nabiegł na piłkę tuż przed składającym się do interwencji Victorem Valdesem. Dodajmy, że Barcelona już wtedy grała w osłabieniu, po dość nieodpowiedzialnym faulu i w konsekwencji czerwonej kartce dla Gerarda Pique. To miało miejsce ledwo trzu minuty wcześniej!

Po wykorzystaniu bezlitośnie wrzutki Mendy’ego, Barral mógł celebrować radość ze strzelonej bramki z kolegami ze Sportingu, która była ogromna. To Sporting próbował, ale ich starania nie zostały nagrodzone, bo trzy punkty na Camp Nou zatrzymali Katalończycy. Nastroje kibiców gospodarzy zmieniały się falowo. Najpierw z nadejściem 42 minuty. Wtedy to Barca, rzekłbym w swoim stylu, przeprowadziła składną akcję po której Adriano wyłożył piłkę do Andresa Iniesty, a ten bez trudu pokonał portero Sportingu. Po wyrównaniu stanu rywalizacji przez Rojiblancos pieczęć na spotkaniu odcisnął najpierw Keita, a w końcu ponownie Iniesta idealnie dograł do Xavi’ego. Ten będąc sam na sam pokonał Juana Pablo ustalając wynik spotkania na 3:1.

Guardiola na pomeczowej konferencji prasowej wyznał, iż wieczorne zwycięstwo ma być na przyszłość „kopa morale” zespołu. „To bardzo ważne, aby wygrywać mecze takie jak ten. Sposób w jaki tego dokonaliśmy wzmocni nasze morale”. Sporting wyjechał z Barcelony bez punktów, ale na pewno jeśli chodzi o morale zespołu, to wzrosły one bardziej po stronie graczy z Gijón, bowiem o mały włos obecny mistrz Hiszpanii mógł stracić punkty. Jedno jest pewne, jeżeli podopieczni Clemente będą grać tak w każdym meczu, to utrzymanie wydaje się być rzeczą jak najbardziej osiągalną.

zdjęcie / The New York Times 2010