Nikt nie zna przyszłości lepiej, niż dziennikarze

Messi-celebra-CR7-clasico-2014-reuters

Ostatnio musieliśmy przetrawić sporą dawkę kontrowersji. Są sprawy, w które po prostu nie warto się zagłębiać, bo szkoda nerwów. Są jednak też i takie, obok których ciężko przejść obojętnie.

Na samym przykładzie Królewskich czy chociażby niejednokrotnie Barcy widzimy, jak szybko można stać się liderem La Liga, spaść z tej pozycji, zapomnieć o mistrzostwie Hiszpanii i od nowa być głównym kandydatem do zdobycia go. O tym jednak, że hiszpańskie rozgłośnie sportowe to niezbyt dobry punkt zaczepienia oraz średnio wiarygodne źródło informacji, wie  chyba większość z nas. Mowa o mistrzu Hiszpanii, podczas gdy Barca, Atletico i Real dopiero rozpędzają się na ostatniej prostej to coś, czego nie umiem ścierpieć, zresztą tak samo, jak sztucznego kreowania problemów.

Na sam początek krótko o niedzielnym Gran Derbi, bo jest o czym mówić. Kolega z redakcji poruszył już  temat tej całej kontrowersji i niesprawiedliwości z Santiago Bernabeu. Nie będę się więc nad tym rozwodzić – umówmy się, że o tym, jak było naprawdę wie każdy z nas, kto myśli racjonalnie i jest w stanie tak właśnie spojrzeć na El Clasico. Oczywiście, że mi łatwiej jest tak mówić, zważywszy na to, że to Barca zgarnęła tam trzy punkty po świetnie zagranym meczu. Gdybyśmy to my, jako Cules, musieli pogodzić się z porażką, frustracja (i jednocześnie chęć wyładowania się na Madrycie) nie dość, że w ogóle by nas nie usprawiedliwiała, to jeszcze tak naprawdę byłaby obciążeniem. Nie podoba mi się więc wieszanie psów na Barcelonie i podważanie rezultatu Gran Derbi tylko dlatego, że co niektórzy fani Królewskich nie umieją przegrywać. Poza tym, obowiązkiem każdego sportowca jest przede wszystkim skupienie się na swojej robocie, bez względu na to, jak sprawują się przeciwnicy czy sędziowie.  Zwłaszcza, że podczas Klasyku nie sprawowali się źle.

Nie wiem także, co trzeba mieć w głowie, by już teraz szykować sobie półeczkę w gablotce na puchar mistrza kraju. Prawdopodobnie do tej charakterystyki zaliczą się raczej skrajne przypadki „wiernych kibiców”, skądś jednak wzięli się ci, którzy najpierw płakali, jak to niedorzecznie sędziowie okradli z punktów Królewskich, a w środę wieczorem gadali od rzeczy, bo brakowało argumentów. Cóż, byli zdesperowani, bo przecież Real jeszcze w sobotę  „praktycznie wygrał ten sezon Primera Division. Już prawie, po prostu bezkonkurencyjnie”. No cóż, jednak niezupełnie.

Jak zawsze zaznaczę i teraz, że nie mam na celu jeździć po Madrycie chociażby dlatego, że mówimy o sporcie, a więc bardzo szybko sytuacja znów może obrócić się o 180 stopni. Poza tym Real napotkał właśnie pewien spadek formy, który Barca dopiero co pożegnała, a wówczas mówiłam, że wszystkim się to zdarza. W tym przypadku nie zamierzam zmieniać nastawienia, bo ich strata punktów to dla mnie, jako Cule, ekstra wiadomość, ale przed nami jeszcze naprawdę mnóstwo czasu do końca sezonu, zdarzyć się może bardzo dużo. Co przez to chcę powiedzieć? Nie popadajmy przedwcześnie w euforię, bo jeszcze prędzej możemy się zdziwić,  to chyba żadna Ameryka.

Oczywiście, bieżąca pozycja Blaugrany wyraźnie zbliżyła ją do zwycięstwa w La Liga, ale to absurdalne pisać (tak, jak na przykład Sport), że „Real już raczej żegna się z tytułem” czy przymierzać go do Katalonii. To ciekawe, bo pomimo, że w tabeli prowadzi jeszcze inna drużyna, najwięcej mówi się o dwóch odwiecznych rywalach. Wiadomo, najszczęśliwsza będę, jeśli to Barcelona obroni mistrzostwo Hiszpanii, gdyby jednak powędrowało ono do Atletico, dobrze by się stało – równie dobrze, co w finale Ligi Mistrzów rok temu. To naturalnie zupełnie inny temat, a zdania są w nim silnie podzielone, lecz wygrana Bayernu zamknęła wszystkich, którzy po półfinale żyli wyłącznie Borussią i Robertem Lewandowskim. To nie tak, że go nie lubię – miałam po prostu dosyć nadmiaru jego nazwiska właściwie wszędzie oraz standardowego pompowania balonika, który w jednej chwili został przebity przez Bawarczyków. Rozumiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale zwyczajnie nie da się zaprzeczyć, że o wyczynie Lewego w półfinale z Realem było głośno aż do starcia z Monachium. Jak więc będzie teraz? Odpukać, ale jeżeli jednak Atletico nie da sobie wydrzeć prowadzenia w tabeli, co powiedzą wszyscy dziennikarze z Katalonii czy Kastylii, którzy już teraz wiedzą, kto w tym sezonie będzie triumfować?

Reasumując, znów trzonem problemów są media, trochę też kibice, a powodem to, że przez przesadną miłość do klubu czy potrzebę zrobienia szumu mijamy się ze zdrowym rozsądkiem. Powinniśmy sięgać do gazet sportowych by dowiedzieć się, co takiego dzieje się w tym świecie, a tak naprawdę czytamy o niemal urojonej rzeczywistości. Być może demonizuję to wszystko, lecz nikogo chyba nie muszę przekonywać, że plotki i prognozy rozsiewane przez hiszpańskich dziennikarzy czasami po prostu mijają się z prawdą. Teraz znów naprawdę przesadzają.