O trzech takich, co skradli nam serca

Barcelona jest klubem wyjątkowym i to z wielu powodów, które z pewnością równie wiele razy były rozwijane przez wielu sympatyków Blaugrany, albo nawet i ogólnie, futbolu. Charakteryzuje się ona bowiem tym, że jej fenomen jest ponadczasowy. Tym razem chciałam przyjrzeć się konkretnemu elementowi, który tworzy od tylu lat tak wyjątkową drużynę.

To, czym Duma Katalonii może się pochwalić, to cała lista legend, które przez ostatnie dekady zasilały jej drużynę. Tak naprawdę, co najpewniej nikogo nie zdziwi, nie musimy sięgać daleko w przeszłość, by odnaleźć legendy. Przynajmniej kilku owym legendom, moim zdaniem, warto poświęcić parę linijek.

Zacznijmy chronologicznie, od najstarszych. Pierwsza z tych gwiazd, które nadal od razu przychodzą mi do głowy, gdy myślę “Barca”, nie jest wprawdzie taka przeszła, jak mogło to zabrzmieć na początku; pożegnała się z klubem i jednocześnie z futbolem rok temu pod koniec sezonu 2013/14. Ów pochodził z Pobla de Segur, bardzo szybko trafił do drużyny Barcelony, z początku zasilając kadrę juniorów. Można powiedzieć, że do samego końca pozostał wierny sercu Katalonii, bo przecież nigdy nie zmienił klubu – może dlatego właśnie Carles Puyol, bo o niego chodzi, jest jego nieodłącznym elementem i wizytówką.

Tytuły i nagrody to tylko część jego legendy. Można go charakteryzować po wieloma kątami: był świetnym kapitanem. Był pracowitym i sumiennym zawodnikiem. Był kimś, kto zawsze wierzył w drużynę i walczył za wszelką cenę, jak srogo by nie przegrywała. Był ogromnie utalentowany i żył futbolem za wszelką cenę. Pięknie to brzmi, szczególnie zestawione razem, a teraz Wam to wszystko udowodnię.

Dołączył do drużyny seniorów już w 1996 roku, czyli kiedy jeszcze mnie na świecie nie było, a trzy lata później awansował do pierwszej drużyny. Wkupił się później w łaski Franka Rijkaarda na tyle, by sezon później stać się trzecim kapitanem Azulgrany. To nie przypadek zresztą, że jeśli poszukacie wypowiedzi jego kolegów po fachu czy ekspertów piłki nożnej, zdecydowana większość wspomina go jako wyśmienitego przywódcę. “Posiada nie tylko ogromne umiejętności piłkarskie, ale przede wszyskim jest prawdziwym liderem” stwierdził kiedyś Iker Casillas. “(…) kapitan i prawdziwie lwie serce najwybitniejszej Barcelony w historii, to moim zdaniem najlepszy stoper świata pierwszej dekady obecnego stulecia. (…)” powiedział natomiast Leszek Orłowski.

Miał również do tego charyzmę. Stanowił wzór dla swoich młodszych kolegów z zespołu, między innymi Sergio Busquetsa (stwierdził bowiem niegdyś, że w dużym stopniu zawdzięcza Puyolowi to, kim teraz jest) czy choćby Leo Messiego, któremu to Tarzan pomagał się zaaklimatyzować na Camp Nou. Gerard Pique także nie raz mówił, iż wiele mógł się od niego nauczyć. Z drugiej strony, nikt się na niego nie skarżył. Nie robili tego ani barceloniści, ani kibice Barcy, ani kibice żadnych innych klubów. Dziennikarz tygodnika “Piłka Nożna” wspominał także o tym aspekcie – należał do tej grupy Katalończyków, którzy “byli szanowani przez kibiców Realu Madryt”, ponieważ zarówno grał, jak i wypowiadał się fair, a na boisku był stuprocentowym piłkarzem i mężczyzną. Trudno się nie zgodzić – zwyczajnie ciężko na to pracował, zarówno fizycznie, jak i od strony psychicznej. Może to oddanie drużynie, może bezkresna wiara w nią wykreowały szanowaną na całym świecie osobowość. “Tworzymy drużynę niezależnie od tego, czy zwyciężamy, czy przegrywamy” – mówił sam Puyi. “Musimy tak podchodzić do naszej pracy, ponieważ gdy duch zespołu gdzieś ulatuje, wygrywanie staje się niemożliwe”.

Gdy “wrósł” już w drużynę, jak wspomniałam, za kadencji holenderskiego szkoleniowca, (ale jego potencjał zdążył dostrzec jeszcze Louis van Gaal) tym bardziej nie rezygnował z niego Pep Guardiola, a po nim jeszcze Tito Vilanova.

Zdarzyło mu się nabawić też paru poważnych kontuzji. Jedna z tych groźniejszych, kiedy dopadł go uraz więzadeł w kolanie, to końcówka sezonu 2006/07, która zmusiła go do rozbratu z futbolem na około trzy miesiące. Mimo to w następnym sezonie rozegrał łącznie 47 spotkań, a to jednocześnie jeden z najlepszych jego wyników w tej kategorii. Inny pracowity dla niego sezon (2011/12) także skwitował urazem kolana, przez co, między innymi, nie mógł przyjechać do Polski i Ukrainy na Euro 2012.

Jak się okazało dwa lata później, uraz ten był jedną z przyczyn, dla których Carles Puyol zakończył swoją karierę. Zanim to się jednak stało, zdążył wraz z Barcą dorzucić do swojego dorobku pucharowego Mistrzostwo Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii. Był to już wprawdzie ten okres, kiedy nie był on już w pełni sił i formy, ale walczył. Zdecydował się zresztą na operację kolana bardzo szybko, by niemniej prędko powrócić do gry. To wymowne, a przy okazji niesamowite. Czy rozsądne? No, niezbyt.

Do tego dochodzi 21 trofeów w Lidze Mistrzów, Pucharze Króla, La Lidze i tak dalej, a także tytuł najlepszego gracza młodego pokolenia hiszpańskiej ligi sprzed czternastu lat, najlepszy obrońca Europy (2006), sześciokrotne miejsce w przeróżnych najlepszych jedenastkach: Euro 2008, Pucharu Konfederacji czy zespołu gwiazd mundialu w RPA . A to naturalnie nie wszystko. Chociaż futbol może niekoniecznie oceniany jest jako sport elitarny, jak wszystko inne na świecie ma swoją elitę, którą tworzą właśnie tacy zawodnicy, po prostu perfekcyjni pod tyloma względami. Tak utalentowani, silni (i wcale nie chodzi tu o aspekt fizyczny), zabójczo kochający to co robią i to, dla kogo to robią. Carles Puyol był, trafnie nazwany przez Ziemowita Ochapskiego, kapitanem o sercu w kolorze blaugrana.

Skoczmy dalej, ale pozostając w tejże ramie czasowej. Skoro był Puyol, musi być i Xavi.Także zakończył już swoją przygodę z Katalonią, choć dorabia jeszcze (tak to ujęłam, bo o kolejne światowe sukcesy w Al-Saddzie najprawdopodobniej mu nie chodzi i może być o nie…nieco trudno?) na Bliskim Wschodzie. Wychowanek Barcy z Terrassy rozpoczął przygodę z klubem, jak wiemy, jako dziecko – miał wtedy jedenaście lat. W 1997 roku zaś włączono go do seniorskiej drużyny, by już w następnym sezonie należeć do pierwszej ekipy. I tak należał do niej przez 17 lat.

Jest do dość treściwa liczba i ma ogromne znaczenie. Być może zetknęliście się z anegdotką na temat jego nieudanych przenosin do AC Milanu – bardzo ciekawa i zabawna historia. Xavi wówczas dopiero rozpędzał się na swojej ścieżce kariery, ale on także należał do tych, którzy mieli DNA Barcy we krwi. Jego ojciec, pełniący wówczas funkcję jego menadżera dostał niebotycznie kuszącą ofertę z Włoch i prawdopodobnie byłby skłonny przekonywać Xaviego o słuszności wyjazdu do Mediolanu. Od tej tragedii powstrzymała ich jednak mama Generała, grożąc, że jeśli ten zostawi Barcelonę, ona zostawi własnego męża. Pomijając jednak to, iż w pewnym stopniu to jej zawdzięczamy, iż Xavi dalej grał dla Blaugrany, próbuję zobrazować Wam, czytelnikom, że ta zabójcza miłość do drużyny, o której pisałam też w przypadku Puyola i piszę teraz, nie jest bynajmniej hiperbolą. Nie jest naciągana. Poza tym, El Maestro żył piłką nożną w ogóle. “Kiedy nie gra, ogląda piłkę” mówił Pep Guardiola. Być może wcale nie pomylił się, kiedy z taką pewnością stwierdzał, iż kiedyś Xavi poprowadzi Barcę. ¿Quién sabe?

Dwa czy trzy lata temu również gdzieś w Internecie znalazłam krótkie podsumowanie jego gablotki pucharowej. Wówczas było to 25 różnych trofeów: zwycięstw w Primera Division, Lidze Mistrzów, Copa del Rey, a dodatkowo dziewięć indywidualnych wyróżnień.

El Maestro był kolejnym z tej grupy, która grała dla Barcy u boku Josepa Guardioli. Jeżeli mieliście okazję czytać jego biografię “Barca moim życiem” pamiętacie zapewne, jak wiele Xavi uczył się od swojego późniejszego trenera. Wspominał go jako swego rodzaju wzór do naśladowania, przede wszystkim jako zawodnika, ale nie tylko. Fakt, iż to on zastępował Guardiolę w drużynie, kiedy ów borykał się z kontuzją (sezon 1999/2000),a potem tak naprawdę przejął jego rolę w Blaugranie, gdy Pep odszedł, to potwierdzenie tych słów.

“Jego kontrola piłki i umiejętność jej odpowiedniego użycia sprawia, że jest on najlepszym piłkarzem Barçy” mówił zaś o nim Iker Casillas, jeden z jego najlepszych kolegów z branży. Widział podania, których nikt inny nie dostrzegał, a przez to nakręcał całą ekipę, by była równie śmiercionośna, jak w tych najowocniejszych sezonach. Mówili o tym Leo Messi, opisywany wyżej Carles Puyol, Andres Iniesta i tak dalej. “Gra u jego boku przez całą moją karierę była wspaniałym doświadczeniem ” – oceniał ten ostatni. “Jego statystyki, uczucia, które wywołuje, kariera, styl gry – niemożliwym jest jego opisanie.”

Był też jednym z “kompozytorów” takiego dzieła, jak tiki-taka. Gra w tym smaku to coś, czym niedawno jeszcze charakteryzowała się przecież La Roja i sama Barcelona i właśnie dlatego niezbędny był on jako ktoś, kto świetnie to dzieło rozumiał. Dlatego też jego koledzy powtarzali, że gdy miał zły dzień, Duma Katalonii także mogła mieć problem. Przez to właśnie miał taki wpływ na cały styl gry, jak to ujął z kolei Vicente del Bosque. A przy okazji miał w sobie radość i poczucie humoru. Wobec tego nietrudno jest odpowiedzieć na pytanie, czy Barcy go brakuje. Po takich zawodnikach zawsze zostaje ślad. Czasem mniejszy, gdy w drużynie pojawiają się godni następcy, (tacy zresztą, jakim był sam Xavi, wskakując na miejsce Guardioli w drużynie Louisa van Gaala, a potem Llorenca Ferrera), a czasem większy, lecz pozostaje.

A czy pamiętacie kto taki, mniej więcej w tym samym czasie, co poprzedni dwaj gwiazdorzy, również pojawił się w Barcelonie? Był to skromny, a jednocześnie błyskotliwy, pracowity chłopiec z Fuentealbilla – Andres Iniesta, kolejny wychowanek Dumy Katalonii. Czemu do tego kompletu wybrałam akurat jego? Jak dla mnie stanowi on, wraz z Carlesem Puyolem i Xavim pewną całość w tym elemencie, o którym pisałam na samym początku.

Zauważmy, co łączy tych trzech panów: era przede wszystkim, czyli przedział czasowy ich historii w klubie, z tą tylko różnicą, iż Blada Twarz z nim się jeszcze nie pożegnał; te same wzloty i upadki, można by rzec, a więc te same sukcesy, wspaniałe, takie, jak chociażby potrójna korona za czasów Pepa Guardioli, te kilkanaście zwycięstw w La Lidze i Pucharze Króla; tiki-taka, którą demolowali rywali (w Klasykach, np. tym w 2010 roku, dwóch finałach Ligi Mistrzów przeciw Manchesterowi United i tym podobne); warto zauważyć też, że każdy z nich nawzajem nieustannie zaznaczał, że potrzebują siebie, by samemu grać równie dobrze. Tak mówił Xavi o Puyolu, a Iniesta o Xavim; wszyscy trzej to w stu procentach barceloniści, posiadacze DNA Barcelony, trzej kapitanowie Blaugrany, w pełni jej oddani, a gdyby tego było mało, razem podbijali świat jako La Roja. Nie byli naturalnie jedynymi, którzy współtworzyli należącą do najlepszych na świecie drużyn. Tak po prostu jednak, współgrali ze sobą idealnie.

Andres Iniesta bowiem chyba nie miał innego wyjścia, jak również stać się wyśmienitym, pracowitym, groźnym piłkarzem, który, co za tym idzie, także ma więcej trofeów i wyróżnień, niż typowa nastolatka ubrań (wspomniane już mistrzostwa Hiszpanii, Puchary Króla, ale też tytuły najlepszego piłkarza roku, Europy, Hiszpanii i tak dalej).

To, co go zawsze charakteryzowało, to fakt, iż w środku był całą drużyną, bo tak bardzo się z nią identyfikował. Josep Guardiola, gdy objął stanowisko trenera w Barcelonie, nie zmienił o nim zdania. “Jest wzorem do naśladowania” – mówił wtedy. “Nie ma drugiego takiego zawodnika jak on, wytrwałego, który nigdy się nie skarży, uważnie słucha rad”. Wiązało się to bowiem z jego skromnością. Co za tym idzie, także należał do tych, którzy zyskiwali respekt znacznie dalej, niż tylko na własnym stadionie, a zawdzięczał to powszechnemu szacunkowi do rywali, kibiców, własnej drużyny, samego siebie – to pewnego rodzaju spadek, z którym najlepsze, co można zrobić, to przekazać młodszym kolegom.

Nie będę zamiatać pod dywan faktu, iż Iniesta ma już swoje lata, a te najlepsze – najpewniej za sobą. Bynajmniej nie oznacza to jednak, iż nie przyda się więcej Luisowi Enrique, bo póki co, całkiem nieźle mu służy. Dołączyłam go jednak do żywych legend rodem ze szkółki Barcelony, ponieważ, powiedzmy sobie wprost, jest na ostatniej prostej swojej kariery.

Już jest przecież legendą. Żywą, chodzącą legendą. Jego wcześniej wymienieni dwaj koledzy także nimi są. Powszechnie uwielbiani, szanowani, z tym, że w przypadku każdego z nich jest to ujęte innym słowami. Oznacza jednak to samo: możemy być naprawdę dumni z tego, co po sobie pozostawili nie tak dawno temu, bo my już wiemy, że przejdą do historii wielkimi literami. Dalej również podtrzymuję, że przyczyną tego jest podobieństwo między nimi. Może dlatego, że się uzupełniali bardzo dobrze, a może dlatego, że byli takimi szczęśliwcami, odnaleźli wspólną drogę do sukcesu.