Oby jak najwięcej tak miłych sobotnich wieczorów!

Spotkanie Barcy z Sevillistas, jak stwierdzili przy podsumowaniu komentatorzy, miał być hitem. I był, z tym, że hitem zdecydowanie jednej drużyny. A w szczególności jednego zawodnika. Nie obfitowało w ogrom emocji, ale wydaje mi się, że 5:1 to rezultat, z którego możemy być co najmniej dumni. 

Starcie z Sevillą zaczęło się dość jednostronnie, choć wydaje mi się, że nie było to przedsionkiem tak wielkiej porażki gości. Barcelona bowiem podjęła atak już w pierwszych minutach spotkania, choć nie zawsze skutecznie, dali jednak radę przekonać nas, że pierwszy gol to kwestia czasu. Sevilla co prawda nie chciała pozostawać w cieniu Dumy Katalonii, widać jednak było, że zmuszeni są przynajmniej w niewielkim stopniu grać pod jej dyktando. Po około 20 minutach wynik spotkania otworzył Leo Messi po urokliwym rzucie wolnym.

To z pewnością jeszcze nie zdemotywowało Sevillistas, bo widocznie robili wszystko, by mecz całkowicie nie wymknął im się z rąk. Dalej jednak nie stwarzali zagrożenia. Z drugiej strony Barca, pomimo wyraźnej przewagi, aż do samego końca tej partii spotkania nie zrobiła już nic konkretnego, chociaż miała ku temu kilka dogodnych okazji, szczególnie w ostatnich minutach pierwszej połowy.

Druga cześć meczu rozpoczęła się ze znacznie większą siłą. Już na samym początku padł drugi gol w tym spotkaniu, również zdobyty przez jednego z podopiecznych Luisa Enrique, z tym, że na swoją bramkę. To fatalny błąd, zważywszy na to, że przez pierwsze 45 minut tego sobotniego starcia Katalończycy nie wykorzystali w pełni swojej bezsprzecznej przewagi – znów musieli więc zabrać się za gonienie kompletu punktów.

Pomyłka Jordiego Alby pomogła gospodarzom się otrząsnąć, ponieważ już dwie minuty później Barcelona ponownie wyszła na prowadzenie, tym razem po strzale Neymara. Niewątpliwie to zahamowało rosnącą nadzieję Sevilli na dobry wynik tego spotkania, ale wówczas nie utracili jej zupełnie – dlaczego nie mieliby wyrównać raz jeszcze? No cóż, nadal mecz układał się w podobny sposób: dominująca Blaugrana i nieśmiało podrygująca Sevilla.

Po emocjonującym otwarciu drugiej partii spotkania sytuacja znów się uspokoiła, na około kwadrans, bo Barca raz jeszcze pokonała Beto, a zrobił to Rakitic ze smutnym uśmiechem na twarzy. Żeby nie było za nudno, w 71. minucie po raz drugi do siatki trafił Leo Messi, przy okazji ustanawiając kolejny naprawdę imponujący rekord zdobytych goli. A sześć minut później zrobił to jeszcze raz, jako wisienka na torcie z okazji manity na Camp Nou i, jednocześnie, swoim własnym – ma bowiem powody do świętowania.

Sądzę, że wszyscy zgodzimy się, że takie zwycięstwo było Blaugranie bardzo potrzebne. Osobiście brakowało mi trochę przechodzącego do historii kolejny raz Lego Messiego w tle bezlitosnej, niebezpiecznej Dumy Katalonii. Oby jak najwięcej takich sobotnich wieczorów.

FC Barcelona:

Bravo – Alba (88′ Adriano), Mathieu, Pique, Alves – Rakitic, Busquets, Xavi (77′ Rafinha) – Neymar, Messi, Suarez (73′ Pedro)

Sevilla FC:

Beto – Coke, Pareja, Carrico, Figueiras – Banega, Krychowiak – Vidal (61′ Deulofeu), Suarez (61′ Gameiro) , Vitolo – Bacca (73′ Aspas)