Okiem Andaluzyjczyka: Mecz, w którym było wszystko

Estadio Ramón Sanchez Pizjuan, trybuna Alta al fondo, sektor F43, Rząd 11, miejsce 181. Usiadłem dokładnie w tym miejscu, a obok mój kolega, na pół godziny przed meczem Sevilla – Barcelona. Właśnie przestało mżyć, choć w Andaluzji deszcz jest rzadkością.

Jako osoba związana z redakcją BlogFCB, razem z właścicielem staraliśmy się o akredytację na mecz. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, cytujemy, „dziennikarze piszący tylko o jednej drużynie, nie otrzymują wstępu na mecz”. Jako że oficjalnie w redakcji już nie jestem, przygotowany byłem na ewentualność kupna biletu i dokonałem go. Najtańsza wejściówka – 80 euro. Dla Polaka studiującego w ramach programu Erasmus to kwota ogromna, jednak chęć obejrzenia ulubionej drużyny – bezcenna.

Barcelona przyjechała swoim lśniącym autobusem, wydawałoby się, na ostatnią chwilę – piłkarze weszli na stadion niecałą godzinę przed meczem, więc kazali na siebie długo czekać publiczności zgromadzonej wokół stadionu.

Wróćmy jednak do samej sytuacji na stadionie. Hiszpanie to ludzie wiecznie spóźnialscy, dlatego tuż przed gwizdkiem nie zajęli jeszcze wszystkich miejsc, choć wejście na stadion nie wiązało się z żadnym oczekiwaniem ani też przeszukiwaniem, czy, jak kto woli, obmacywaniem przez bramkarzy. Mój kolega Jacek mógłby wnieść w swoim plecaku dość okazałą bombę i nikt by tego nie zauważył.

Mimo że jesteśmy kibicami Barcelony od wielu, wielu lat, z ochotą oczekiwaliśmy na hymn Sevilli. Usłyszeliśmy go dwa razy przed rozpoczęciem meczu. Najpierw na środek murawy wniesiono pianino, na którym Maria Toledo zagrała swoją aranżację. Kibice jakby głusi, nie przyłączyli się do śpiewu. Jednak kilka minut później hymn wyemitowany został z głośników i po pierwszej zwrotce, jak zwykle, zamilkł, by słychać było tylko chór andaluzyjskiej „afición”. Na Camp Nou większość osób potrafi wykrzesać z siebie tylko końcowe „Barca, Barca, Baaaarca!”. Tutaj wszyscy doskonale znają słowa, a turyści, czy po prostu zagraniczni mieszkańcy, mogli wyczytać je na ekranie. Mimo że kochamy Barcę i Polskę, słysząc tę piękną pieśń, czuliśmy gęsią skórkę i sami staraliśmy się stać częścią śpiewającej świątyni.

Rozpoczęło się spotkanie. Jakież było moje rozczarowanie dzień wcześniej, kiedy dowiedziałem się, że do Sevilli nie przyleci jednak Andres Iniesta, mój ulubiony piłkarz. W pierwszej połowie bardzo go brakowało. Barcelona, zdaje się, nie oddała wtedy żadnego groźnego strzału w światło bramki Sevilli. A kiedy Trochowski trafił do siatki Valdesa, pomyślałem, że po raz drugi kiepsko trafiłem z meczem i po raz drugi będę świadkiem porażki mojej drużyny na żywo. „Klątwa Madala” – rzekł wtedy Jacek.

Siedząc na trybunach, z jednej strony widzi się mniej, a z drugiej więcej. Bardziej dostrzega się błędy zawodników, ponieważ ma się przegląd całego boiska, niemniej jednak można przegapić detale lub nie dostrzec czegoś bardzo istotnego. Z Jackiem byliśmy jednomyślni – Alexis Sanchez nie powinien wyjść w pierwszej jedenastce. Nasza frustracja sięgnęła zenitu, kiedy w drugiej połowie, zamiast bramki wyrównującej, zobaczyliśmy drugi gol Sevilli. Dlaczego Tito czeka ze zmianami? Kiedy na boisko wejdzie Villa? Przecież od dawna jest już zdrowy, a Chilijczyk jest dziś po prostu beznadziejny.

Iskierką nadziei była bramka Fabregasa. Barcelona od tego momentu ruszyła do ataku, Tello, Villa i Thiago rozpoczęli rozgrzewkę, a sędzia stał się głównym protagonistą spotkania. Kibice zagraniczni wokół nas chyba nauczyli się wszystkich przekleństw po polsku, kiedy Barcelona bezskutecznie próbowała wyrównać. Messiemu nie wychodziły żadne rajdy i podania, a w momencie posiadania piłki przez Katalończyków, kibice tak głośno gwizdali, że nikt normalny nie mógłby skupić się na grze przy takim hałasie. Dodam tylko, że ten tekst piszę z pulsującym bólem ucha.

To spotkanie miało już skończyć się dla nas rozczarowaniem, jednak pomyłka pana Mateu Lahoza i drugie trafienie Fabregasa w 88. minucie wprawiło nas w euforię. Sędzia doliczył 5 minut – bardzo dużo, więc liczyliśmy jeszcze na cud. Stał się. Ten, który był przez nas wyczekiwany, bezbłędnie przeniósł piłkę nad Palopem. Na tablicy wyników ukazał się wynik 3-2 dla Sevilli, ale już wiedzieliśmy, że to pomyłka realizatora, a trójka jest po naszej stronie. To była Barca, na którą przeklinaliśmy, ale którą chcieliśmy widzieć – grająca do końca, do ostatniej minuty.

Trzeba tutaj jednak zaznaczyć, że sędzia z jednej strony bardzo przyczynił się do naszego szczęścia, ale pozostawił gorzką pigułkę w naszych ustach. Nie rozumiem, jak można było nie zaważyć ręki Thiago stojąc metr od niego i patrząc się w jego stronę. Byłem ponad 100 metrów od tej sytuacji, a potrafiłem dostrzec ten faul. Z boiska powinien wylecieć Sergio Busquets, a Sevilla mogła spokojnie zakończyć ten mecz w jedenastkę. Wracając pieszo do mieszkania ze stadionu pewien starszy kibic Sevilli, widząc mnie w koszulce Barcelony stwierdził: „Macie najlepszą drużynę na świecie, ale pomagają wam sędziowie”. Odrzekłem: „Nie zawsze”. „Ale dzisiaj tak” – odparł i oddalił się. Ten Pan miał świętą rację. Chcielibyśmy, żeby nasza drużyna wygrywała w tak spektakularny sposób, ale wolelibyśmy, gdyby nie otrzymywała tak często pomocy sędziów.

Po przestąpieniu progu mieszkania, pierwsze, co zrobiliśmy, włączyliśmy kanał Marca TV. Oczywiście „eksperci” zgromadzeni w studiu już dyskutowali o meczu. Madrycka propaganda po około 100 razy (sic!) pokazała każdą kontrowersyjną sytuację po stronie Barcelony z sobotniej batalii. Sugerowali też, że tuż po zakończeniu pierwszej połowy, kiedy Leo Messi podszedł do arbitra i wymienił z nim kilka słów, Argentyńczyk prosił sędziego o pomoc. „Bezczelność!” – wykrzykiwał jeden z Hiszpanów na ekranie. Czy jest to śmieszne, czy bardziej żałosne, w drugiej połowie w istocie tak to wyglądało – jakby Messi umówił się z arbitrem na wynik.

A kibice Sevilli? To prawdziwy 12. zawodnik tego zespołu. To publiczność, z której Navas i spółka może być dumna, która na meczu wyklaskuje rytm flamenco, jakże charakterystyczny dla tego regionu. Trafił mi się mecz idealny – ze smutkiem, kontrowersjami, a ostatecznie ekspulsją radości.