Okiem Rywala: Bez jaj

Po czarnym tygodniu w kącikach ust kibiców Barcelony pojawił się cień uśmiechu. To chyba dlatego, że ostatnie dwa spotkania to nic innego, jak kaskada popisów piękna i skuteczności. Choć kurtyna jakby opadła i walka toczy się już tylko o klasyfikację strzelecką, Duma Katalonii zachwyca. To doskonały sposób na tłumienie madryckiej radości, czy bólu po sezonie bez fajerwerków i odejściu papcia Pepa Guardioli, który ostatnie wyczyny swoich podopiecznych obserwuje na siedząco, bardziej już jako monument, nie trener. I właśnie posąg Guardioli chciałbym wziąć pod lupę.

Pamiętacie Zlatana Ibrahimovicia? Odegrał marginalną rolę w sukcesach i w całym projekcie, ale zrobił coś – przynajmniej dla mnie – bardzo istotnego. Jednym z jego ostatnich, głośnych epizodów w Katalonii było wykrzyczenie Guardioli prosto w twarz: „Nie masz jaj!”. Oczywiście, widzę w tym geście krzyk utopionego w goryczy gwiazdora, który właśnie nie spełnił marzenia i w cieniu będzie musiał odejść, ale jego słowa są dla mnie znaczące. W wyobraźni okrajam je do zaledwie wykrzyknienia, bez otoczki prywatnej porażki i widzę w tym sedno Guardioli. Niedługo na ławce Barcelony go już nie będzie i zapewne pismaki wyrażą się kilka razy „Era Guardioli”, ale szybko ból po Pepie ustanie. Przyjdzie ktoś nowy, kto być może także będzie pozbawiony zlatanowych „jaj”, ale będzie potrafił zrobić coś, aby podtrzymać wspaniały okres Dumy Katalonii, przy którego porodzie Guardiola zaledwie był. Zaledwie.

W mediach już hulają plotki, że łasi na jakieś złotka w gablocie swojego klubu nieudacznicy z grubymi portfelami chcą Guardiolę pozyskać i mieć u siebie. Słowo „Guardiola” powtarzane jest jak mantra. Mam wrażenie, że Pep urósł do miana recepty na bark pucharów. Przyjdzie Pep, będą puchary, będzie fajnie, będzie pięknie – myślą pewnie grube ryby piłkarskiego rynku. Nic z tego, drodzy panowie. Owszem, Pepa da się już kupić, ale chyba najbardziej przyda się jako eksponat w gablocie opatrzony napisem „Patrzcie! Ten facet wygrał z Barcelona wszystko”. I teraz stoi w gablocie jako eksponat, kupione trofeum, którym można się chwalić, albo podrywać dziewczyny – trochę jak medal za bieg przełajowy w jednym z filmów Woody’ego Allena.

Guardiola przez te trzy kwieciste lata pełnił rolę herszta grzecznych karzełków, którym umiejętności nieziemskiej gry w piłkę zaczął zazdrościć cały świat. Szybko narodzili się antagoniści z Madrytu, ale potulna, katalońska rodzinka ubrana w koszulki w paski dawała sobie radę. Teraz nadszedł czas pewnego pożegnania. Papcio bierze manatki i ucieka na święty obraz, żeby obserwować co się dalej będzie działo. Długo trwała dyskusja, kim Guardiolę zastąpić. Jak dla mnie Vilanova wiele robić nie będzie musiał. Bo do pracy z niesamowitą generacją katalońskich piłkarzy wiele nie trzeba. Mój ulubiony teoretyk piłki kopanej – Arsene Wenger mawia: „ewolucja, nie rewolucja”. Wystarczy więc niewiele – na rynku transferowym nie robić karygodnych błędów jak ten z Ibrą, słuchać się panów z loży vipowskiej, rozmawiać, słuchać, pracować nad psychiką. Do tego nie trzeba mieć jaj. Wystarczą dwie nogi, dwie ręce, kojący głos no i to Wasze, „katalońskie” serce.

Mateusz jest kibicem Arsenalu i włoskiej piłki. Na łamach BlogFCB stanie po drugiej stronie barykady jako Dziecko Rosemary i hejter.