Okiem Rywala: Borek was my lover i oligarcha z błyskotką

Przebieg fazy pucharowej tegorocznej Ligi Mistrzów wykastrował mnie całkowicie z emocjonalnego podejścia do finału. Nie czułem rozgrzewającego miliony kibiców ciepła monachijskiego starcia, a ohydny nurt obrzucania się gównem przez kibiców hiszpańskich drużyn…, no cóż – obserwowałem z lekkim uśmiechem na ustach. I tak wszystkie potyczki kończyły się na jednym, paraliżującym każdego wielbiciela Waszej ligi meritum – w jakimkolwiek ustawieniu, z jakąkolwiek miną – piłkarze mistrza i wicemistrza Hiszpanii finał spędzą przed telewizorem.

I z takim oto beznamiętnym stosunkiem obserwowałem transmisję finału serwowaną widzom przez Polsat. Kilka razy parsknąłem na kunszt komentatorski Mateusza Borka, żeby później przeżyć chwilę zachwytu nad Tymoshchukiem. W całej tej atmosferze, w obłokach fajerwerków – finał tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, był najzwyczajniejszym w świecie finałem.

Starannie dobrana i przez wszystkich równie starannie przewidziana taktyka, ku uciesze Borka wdrążyła się w potyczkę już na samym początku. I o ile granie wszystkich możliwych piłek na Drogbę było do przewidzenia jak chybiony karny przez Arjena Robbena, takiego finału nie spodziewał się nikt. Może tylko kilku ortodoksyjnych fanów londyńskiej Chelsea, albo brzuchatych bawarskich speców, którzy jak zaklęcie powtarzali mit o magicznej sile własnego stadionu, na którym aż chce się… po karnych, frajersko przegrać z najgorszym zwycięzcą Ligi Mistrzów. O tak, szóstą drużyną w Anglii, której tryumf wcale nie świadczy o sile brytyjskiego futbolu, a o niesprawiedliwości kopania w łaciatą i ruinie systemu pucharowego, od którego nikt, nigdy nie wymyślił nic lepszego – trawestując słowa Churchilla o demokracji.

I tak sobie mogę pluć na prawo i lewo. W końcu taka moja tutaj rola, ale średnio chcę, jak moi koledzy po piórze skończyć na sofie obok zawodników, którzy nie mogli wybiec na murawę monachijskiego obiektu. Dlatego szybko wypędzę się z beznamiętnego, sceptycznego amoku i przejdę do tego, co mnie przeraziło.

Siedziałem bezczynnie i trochę z przymusu krytykanta Chelsea, która pokonała nielubianą Barcelonę. Moja wersalka może raz się wygięła, bo oto ochoczo machałem Ivanoviciowi, który mecz oglądał z trybun. Wszystko się skończyło i pomyślałem sobie, że naprawdę mi szkoda piłkarzy Bayernu – zawsze mnie wzruszali przegrani, chyba, że byli nimi piłkarze Barcelony, City albo Chelsea właśnie.

W imię całkiem fajnej tradycji cieszenia się zdobytym właśnie pucharem, każdy zawodnik podnosił najfajniejszą chyba w Europie piłkarską błyskotkę. Można by powiedzieć, że uśmiech sam cisnął się na twarz, póki błyskotki nie uniósł chyba najważniejszy zawodnik Chelsea – Roman Abramowicz. Wiecie o co mi idzie i do czego to zmierza. Więcej innym razem, a teraz dodam tylko tyle, że wolałbym pisać o cyrku Gran Derbi, albo przeoczywistym zwycięstwie Bayernu, w którym karnych nie strzelają zrujnowani psychicznie zawodnicy-egoiści.

Dla piłki kopanej nastały przedziwne czasy. Bo oto oligarcha pieści puchar Ligi Mistrzów, co znaczy, że pieniądzem i owszem – można. Musi tylko szczęście dopisać i nie trzeba mieć ani piłkarskiej erudycji, ani konsekwencji. A Wy? Jak myślicie? Wyleci Di Matteo?

Mateusz jest kibicem Arsenalu i włoskiej piłki. Na łamach BlogFCB stanie po drugiej stronie barykady jako Dziecko Rosemary i hejter.