Opowieść o Magu i Architekcie

Luiz Suárez. To nazwisko kojarzą niemal wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z wielkim futbolem. Urugwajski napastnik jest dziś gwiazdą Liverpoolu. Ale niemal pół wieku temu, jeszcze większą sławą i uznaniem, cieszył się nazywający się dokładnie tak samo… Hiszpan.

Sięgając ostatnio po książkę duetu Andrzej Konieczny-Janusz Kukulski pt. “Najlepsi piłkarze świata A-Z. Kalejdoskop” przypomniałem sobie o zdobywcy Złotej Piłki według opinii dziennikarzy prestiżowego pisma “France Football” z 1960 roku. Grając wówczas w barwach Dumy Katalonii, Hiszpan Luis Suárez zdobył mistrzostwo swojego kraju oraz wywalczył Puchar Miast Targowych. Do dziś pozostaje jedynym piłkarzem urodzonym w Hiszpanii, który otrzymał tę nagrodę francuskiego magazynu.

Luis Suárez Miramontes, jak podaje Wikipedia, urodził się 2 maja 1935 roku w La Coruñi. Pochodzący z Galicji napastnik, siłą rzeczy więc rozpoczynał swoją piłkarską karierę w lokalnym klubie Deportivo. Jako czternastolatek zapisał się do szkółki piłkarskiej. Cztery lata później w barwach tego klubu zadebiutował w Primera División w przegranym 1:6 spotkaniu z FC Barcelona. Jednak jako 19-letni młodzieniec zdecydował, że przeniesie się właśnie do Katalonii. Zanim wstąpił w szeregi blaugrana, używając kolokwializmu zahaczył o drugoligowy CD Espana Industrial pozostając na wypożyczeniu. Już występując dla Barcelony, grając pośród takich gwiazd jak Brazylijczyk Eviaristo , czy choćby dwaj członkowie Złotej Jedenastki z Węgier Sandor Kocsis i Zoltan Czibor oraz Ladislao Kubala, Suárez w połowie lat 50 stał się szybko kolejnym wielkim liderem klubu.

Jeszcze raz zdobył z Barcą tytuł mistrza Hiszpanii w 1959 i tytuł PMT rok wcześniej, ale już w 1961 poczuł gorycz porażki przegrywając wraz z kolegami finał Pucharu Mistrzów w spotkaniu z Benficą Lizbona.

W tamtym okresie w Europie włoski Inter osiągnął największe sukcesy w swojej historii; drużyna prowadzona przez Helenio Herrerę trzy razy była najlepsza w Serie A, a dwa razy – w Pucharze Mistrzów. Tym czasem mająca coraz większe kłopoty finansowe Barcelona postanowiła sprzedać Suáreza za rekordową jak na owe czasy kwotę prawie dwustu tysięcy dolarów (Wikipedia podaje kwotę równą 142 tysiącom, co jednak nieco odbiega od rzeczywistych danych). Dla Barcelony Hiszpan rozegrał blisko 200 meczów, w których strzelił ponad 100 bramek.

Herrera poznał się na tym interesującym napastniku jeszcze z okresu jego gry w Deportivo La Coruña, oraz gdy Argentyńczyk był szkoleniowcem Barcelony. Wkrótce jdnak musiał opuścić katalońską przystań, ponieważ nie mógł znaleźć wspólnego języka z gwiazdą klubu Kubalą – takim samym indywidualistą jak trener. Zapewniono mu w zamian inną posadę w klubie, w którym prezydentem był Angelo Moratti. Tak, tak. Ten sam Moratti, ojciec Massimo, który i dziś jest głównym sternikiem Interu. Moratti senior, ambitny biznesmen czerpiący zyski z handlu ropą naftową, chciał mieć największy klub w Europie. Sprowadził więc Herrerę do Mediolanu, a ten z kolei przywlókł za sobą Suáreza.

W taki oto sposób najdroższy piłkarz pochodzący z Galicji ponownie stał się jednym z najważniejszych ogniw, tym razem włoskiej drużyny, która w pierwszej połowie lat 60 święciła ogromne sukcesy, zarówno na niwie osiągnięć ligowych jak również w europejskich rozgrywkach. Nowy szkoleniowiec (przed nim było trzynastu innych w ciągu pięciu sezonów) z gażą 50 tys dolarów rocznie postawił na dobrego konia, jakim okazał się Suárez. Moratti jasno nakreślił cele do zrealizowania przez ten duet: scudetto, które tęsknie wypatrywano od 1954 roku. Współpraca z Herrerą układała się Suárezowi wyśmienicie przez siedem kolejnych lat. W tym okresie sięgnął ze swoim trenerem i z zespołem po trzy tytuły mistrzowskie i wicemistrzowskie oraz dwukrotnie z kolei, zaczynając od roku 1964 po rok 65, wywalczył Puchar Mistrzów wraz z Pucharem Interkontynentalnym.

Do annałów historii spotkań włoskiego klubu przeszły święte wojny z klubem z Lizbony. Za czasów Herrery powstał zespół jakiego wcześniej w Italii nie widziano. O ile dobrze pamiętam, drugi ze zwycięskich finałów rozgrywek europejskich klubów, miał miejsce na San Siro. I nie było to porywające widowisko. Włoscy kibice moknąc w strugach rzęsistego deszczu obejrzeli tylko jedno trafienie. Ze swoim golem do protokołu meczowego został wpisany Brazylijczyk Jaira. Doszło też wtedy do kuriozalnej sytuacji, bowiem na wskutek kontuzji bramkarza Benfiki, Costy Pereiry między słupkami zmuszony był stanąć zawodnik z pola. Wielki, łysy, wąsaty Germano był świetnym stoperem, a jako zastępczy w trybie nagłym bramkarz przez dobre 30 minut nie przepuścił żadnego strzału.

Suáreza śmiało można określić mianem “Architekta” środka pola, gdyż przy systemie gry zwanym catenaccio (włoski termin, wykuty jako synonim słynnej na całym świecie gry obronnej) jaki preferował Herrera, mógł dyrygować poczynaniami kolegów z linii pomocy. Obrona miała za zadanie jedynie bronić ściśle dostępu do swojej bramki, jednak aby spotkanie wygrać trzeba był strzelić przynajmniej jednego gola. Piłkarze grający w Interze Herrery dlatego nazywani są generacją catenaccia, gdyż właśnie oni po raz pierwszy zaprezentowali światu udoskonaloną przez argentyńskiego szkoleniowca metodę gry. W kręgach niechętnych calcio częstokroć spotkać się można było z dykteryjką, iż kiedy włoscy piłkarze wychodzili na boisko, trener w szatni mówił im takie słowa: “Na razie jest dobrze. Mamy 0:0, a wy grajcie tak, aby tego nie stracić”.

Prekursorem stylu i wielkim guru “murarzy futbolu” był inny Włoch, trener rywala Interu, Nereo Rocco z AC Milan. Metoda “rygla” udowodniła futbolowemu światu, że w taki sposób da się wygrywać tytuły. W 1963 roku Milan został się pierwszym włoskim klubem, który zdobył Puchar Mistrzów. pokonując na słynnym londyńskim Wembley ekipę Benfiki Lizbona, dla której był to trzeci kolejny finał, “paczka chłopaków z San Siro” pokazała naocznie, jak można połączyć skuteczną obronę drużyny z jej jeszcze skuteczniejszą grą w ofensywie. Po pierwszej połowie było 0:1 i to Włosi zmuszeni byli gonić wynik. Musieli zaatakować aby odrobić stratę oraz zneutralizować w jakiś sposób świetnie dysponowanego tego dnia Eusebio. Włoscy “chirurdzy” obie te operacje przeprowadzili niezwykle precyzyjnie. Ordynator Jose Joao Altafini zaciągnął ostatni szew, ustalając wynik na dwa do zera. Catenaccio nie było rodzajem gry. To dokładnie zaplanowane system działań, podczas realizacji których wszystko co działo się na boisku, każdy ruch piłkarzy, miał swój jasno sprecyzowany cel oraz sens. Przekonali o tym kolejni zdobywcy Pucharu Mistrzów – gracze Interu Mediolan, w którym grał Suárez. Od 1961 do 1970 roku rozegrał w Interze 328 meczów, w których strzelił 55 goli.

Suárez Miramontes stał się także kluczową postacią dwóch pierwszych edycji Mistrzostw Europy. Zadebiutował w narodowej reprezentacji w 1957 roku. Jego kariera w jedenastce Hiszpanii ma również w swej historii polski wątek. W 1/8 finału I Pucharu Europy Narodów (tak brzmiała oficjalna nazwa turnieju, który dziś jest określany jaki EURO) ekipa z Hiszpanii trafiła na Polskę. Wiarygodne źródła podają, że 28 czerwca 1959 roku w Chorzowie odbył się pierwszy mecz, który (jak wspominają relacje), stał na wysokim poziomie. Po golu Ernesta Pohla, kadra Orłów prowadziła 1:0. To starcie z gośćmi z Półwyspu Iberyjskiego ostatecznie przegrali 2:4, a niezapomniany Lucjan Brychczy zdobył ostatnią bramkę tego spotkania. “Naszych” przyćmili wtedy Alfredo di Stefano i Luiz Suárez strzelając nam po dwa gole.

14 października Hiszpanie ponownie pokonali biało-czerwonych w Madrycie, nie pozostawiając wynikiem 3:0 cienia wątpliwości, która z drużyn jest zdecydowanie lepsza. Po tej wygranej “Wściekłe psy generała Franco” jak określiła Hiszpanów prasa rosyjska, trafiły na drodze do ćwierćfinału europejskiego turnieju na ekipę Kraju Rad. Jednak franksistowski rząd zabronił swojej reprezentacji wyjazdu do Związku Radzieckiego, oraz tego aby ich kraj “wizytowali” goście ze wschodu Europy. Dzięki walkowerowi drużyna ZSRR znalazła się w dalszej części rozgrywek zostając wkrótce Mistrzami Europy.

Pierwsza edycja mistrzostw Europy zakończyła się osobistą indywidualną nagrodą dla Suáreza, jako najlepszego piłkarza Europy wg. francuskiego magazynu futbolowego. Podczas drugiej edycji (faza pucharowa) Hiszpan reprezentował już Inter. Występując w najlepszej klubowej drużynie Starego Kontynentu, w reprezentacji kraju pojawiał się już sporadycznie. Ale na turniej finałowy mistrzostw kontynentu przyjechał. Było to w czerwcu 1964 roku. Jako niekwestionowany lider swojego zespołu, poprowadził go do zwycięstwa nad Węgrami, a w finale pokonując stary dobry Związek Radziecki. A że los bywa przewrotny jak źle strawione jedzenie, przekonał się Suárez nie otrzymując za swoje osiągniecie z drużyną drugiej nagrody Złotej Piłki. Przegrał walkę o uznanie dziennikarzy z “France Football” ze swoim reprezentacyjnym kolegą (trzecim na liście) Amaro Amancio. Zwycięzcą został Szkot Denis Law, a obaj Hiszpanie łącznie zebrali punktów więcej niż potomek Rob Roya.

Kiedy dziś spoglądam na współczesny futbol wspomnienia o najdroższym  trenerze i zawodniku mają  w sobie coś z symbolu. Doszukując się wielu analogii, oto stoję na poziomie historii, którą tworzy Barcelona. Podobnie jak wtedy w Mediolanie, tak i teraz stworzono jedenastkę dzięki pieniądzom, oraz geniuszowi dwóch wybitnych filarów tej drużyny: Josepowi Guardioli i Lionelowi Messiemu. Wykorzystuje się system gry i innowacyjne metody trenerskie, dla jednych kontrowersyjne, dla innych normalne, a jeszcze dla innych prawie nie z tego świata. Radość z gry oraz ze zwycięstw jest tym większa, że podobnie jak w Mediolanie o sile zespołu stanowili w głównej mierze Włosi wraz z “przyjezdnymi” gwiazdami. Dziś kuźnią filozofii jest La Masia, laboratorium rzeczy, oraz osiągnięć we współczesnym futbolu niezwykłych.

Patrząc z kolei na Jose Mourinho, można by śmiało skłonić się ku tezie, iż Portugalczyk usilnie próbował analizować życiorys Herrery, przetransportować jego metody tak, aby udało się je rozwinąć w zupełnie innych piłkarskich czasach. Herrera stał się pierwszym trenerem, o który mówiło się więcej niż o samych piłkarzach. Dbał bardzo intensywnie o swój PR, podkreślając na każdym kroku, że jest najlepszym trenerem na świecie. Dopiero w godzinie śmierci powiedział: “Jeśli nawet historia nie będzie chciała mnie uznać za najlepszego trenera tej planety, to Bóg mi świadkiem, że robiłem wszystko, aby nim zostać”.

Helenio Herrera jako pierwszy nazwał kibiców Interu “dwunastym zawodnikiem” i za każdym razem apelował o doping. Wzbudził poczucie jedności z barwami klubowymi jednak nie przypuszczał, że stał się “ojcem” potwora, który wyrósł na poczuciu własnej wartości. Wkrótce po jego śmierci, kluby opanowała gangrena grup ultrasów, radykałów i szowinistów, co w konsekwencji dało początek futbolowym wojnom pomiędzy zwaśnionymi grupami kibiców. Ale “Mag” jak o nim mówiono, miał też nieprzeciętny talent do kreowania ludzkich charakterów. Miał swojego terminatora, ucznia, perełkę dzięki któremu wszystko stawało się możliwe. To był Luiz Suárez.