Osasunokaut

Nikt już nie ma żadnych wątpliwości, że to był klasyczny nokaut. Na naszych oczach upadł kolos. Żaden inny klub na świecie nie wzbudza tak wielkich emocji jak FC Barcelona. Może poza Realem Madryt. Tylko, że stolicą ligi w tym sezonie na pewno nie powinna być Katalonia.

Dzisiaj przeciętny kibic, myśląc o wielkich klubach piłkarskich, najczęściej wymienia FC Barcelonę i Real Madryt, ale przecież ogromne emocje wzbudzają także inni. Ale to największe kolosy z Kastylii i Katalonii są najbardziej rozpoznawalnymi ikonami współczesnego futbolu. Pojedynki obu drużyn to od dziesięcioleci prawdziwa waga ciężka.

Skazana na sukces

Jak ty to zrobiłaś Barcelono, że jesteś na kolanach? Szłaś od wygranej do wygranej, a teraz w końcu zebrałaś lanie po kilku nieciekawych meczach. Po bezbramkowym remisie z Villarreal mogłem jeszcze sobie mówić, że to tylko było potknięcie, przetrzebionej plagami kontuzji prześladujących od początku sezonu drużynę Pepa Guardioli (na mecz z Villarreal trener miał w kadrze 14 graczy). Kalendarz jego podopiecznych czekał trudny, mecze co trzy dni bez prawa do potknięć. Ani w Sewilli, ani w Osasunie czy Madrycie, podczas wyjazdowego spotkania z Atletico.

Cała drużyna przeżywała impas w spotkaniach wyjazdowych. Katalońska prasa musiała sobie przypominać cudowne czasy Dream Teamu potrafiącego odrabiać wielkie straty. Tak w przerwie między jedną porażką Barcelony, a drugą. Bo walcząc o najwyższe cele, każdy nawet remis uznawany był jako porażka. W ostatnich latach niemal wszystkie możliwe trofea – zarówno drużynowe jak i te indywidualne – należały do Dumy  Katalonii. W związku z tym całkiem naturalnymi były ogromne oczekiwania wobec zawodników Guardioli. Przez ogromne rozumiem coś więcej niż chociażby madryckie, przepełnione desperacją, marzenia o wydarciu upragnionego mistrzostwa.

Droga została wyznaczona i każdy kibic oczekuje od Messiego i spółki podążania jej szlakiem. Guardiola trzyma się obranego przez siebie kursu modyfikując go lekko, biorąc pod uwagę wcześniej wymienione wydarzenia losowe. Nie rezygnuje ze swoich eksperymentów, nawet jeżeli zagrożony jest utratą kilku punktów. Konsekwencja wynika z mądrości i doświadczenia katalońskiego szkoleniowca. To trener, który analizując wysnuwa wnioski, znając swoich graczy jak mało kto, sam bowiem jest wynikiem eksperymentów przeprowadzanych w laboratoriach internatu La Masia. Certyfikatem jakości katedry geniuszy jest umiejętność myślenia perspektywicznego. Na badania wydaje się ogromne nakłady zaangażowania i pieniędzy. Możemy się spodziewać ogromnych korzyści w przyszłości, wynikających z obecnych badań.

Na tę porażkę czekał świat

Może właśnie dlatego La Liga uznawana jest za najatrakcyjniejszą ligę na świecie. Pojedynki gwiazd w El Clasico to zawsze spotkania podwyższonego ryzyka, elektryzujące kibiców niezależnie od miejsca zamieszkania na kuli ziemskiej. Na szczęście udało się stworzyć wyraźną linię, oddzielającą od derbów Hiszpanii. Gerard Pique nie do końca miał rację mówiąc, że liga będzie się dłużyła Realowi Madryt. Gdyby powiedział, że będzie ona bardzo długa, to w tej sytuacji zbyt mocno z prawdą by się nie minął. Głównie z powodu ciągłej pogoni za rywalem ze stolicy, jak również dlatego, że za drzwiami do gabinetu w którego  gablocie trzyma się tak pożądany puchar ligi, znaleźli się w kolejce też inni kandydaci.

Przykro mi, bo piękna gra Barcelony, która gwarantowała jakość i aż się prosiła o wejście w monitor, teraz troszkę oklapła. Drużyna nr.1  w kategoriach bez podziału na kategorie nie potrafi ostatnio chwycić za serce. W mojej ocenie „Ładna Dziewczyna w kolorze blaugrana” chciała pozostać wciąż nie do zdobycia. Oczywiście jej wersja może być zgoła odmienna. Niemal wszystkich Barça już miała w rozkładzie. W wadze ciężkiej nawet Manchester United, AC Milan, Arsenal Londyn i Real Madryt. W wadze piórkowej, o walkę z  najsilniejszą drużyną ostatnich trzech latach i najlepszym klubem świata, ubiegają się Valencia, Athletic Bilbao czy Bayer Leverkusen. Przed każdą bitwą wszyscy chcą zmienić kategorię wagową. Tymczasem faworyt rankingów i typowań bukmacherów łapie zadyszkę.

Barcelona przegrała po raz drugi w sezonie. Wcześniej stało się to 26 listopada z Getafe (0:1). Chwilę po tym jak zakończyło się spotkanie na Bernabeu, pod Madrytem formalności miała dopełnić Barcelona. Na każdego jednak przychodzi pora. I oto Blaugrana poległa, a asystę przy golu Valery zaliczył Sarabia, wychowanek… Realu. Co ciekawe, to był jedyny celny strzał Getafe. Duma Katalonii oczywiście wielokrotnie ostrzeliwała bramkę gospodarzy, lecz z mizernym skutkiem. Pamiętamy błędy, słupki…

W spotkaniu z Osasuną była liczona tyle razy jak nigdy dotąd. Zapamiętali w słynnych gonitwach z bykami po ulicach miasta kibice w Pampelunie mieli swoje święto ku czci św. Fermina nieco wcześniej. Wyglądało, jakby wszyscy zgromadzeni na stadionie Reyno de Navarra w jednym czasie żuli gumy Whinterfresh, które nie tylko odświeżają, ale wręcz swoją świeżością mrożą lepiej niż kostkarki do lodu. Gospodarze o wiele lepiej dostosowali się do trudnych warunków atmosferycznych, które panowały podczas spotkania.

Barcelona długo nie mogła się odnaleźć. Po dwóch golach Dejana Lekicia ziemia zatrzęsła się pod stopami Azulgarny. Poobijana, na drugą część spotkania zmieniła rękawice na Cuenkę i Tello. Nadzieję na lepszy rezultat wlał w serca barcelonistów jednak najpierw Alexis Sánchez. Ale kto myślał, że to koniec drogi przez mękę, był w błędzie. Po sierpowym Raúla Garcíi, Barca zaliczyła nokdaun po raz trzeci. Zanim upadłą ostatecznie na deski katalońską dumę zobaczyli kibice z Pampeluny, którzy byli już świadkami kilku zejść ze sceny gigantów, ta zdołała z pomocą Tello zahaczyć jeszcze o szczękę gospodarza. Zabrakło Dumie Katalonii czasu aby udowodnić, że wcale nie rozegrali najgorszego meczu w karierze.

Z Barcelony znowu zeszło powietrze. Madrycka „Marca” zareagowała natychmiast na porażkę wicelidera tytułem: „Esta Liga se tiñe de blancoi” co można przetłumaczyć jako: liga staje się biała, a co jest oczywistym nawiązaniem do rosnącej w tabeli przewagi Realu. Kibice Barcelony, pod pachę z prasą iberyjską, od tygodni analizują terminarz „Królewskich” i wynajdują stadiony, gdzie ekipa Jose Mourinho może się potknąć. Z Levante? Z odradzającym się Rayo Vallecano? A może z Espanyolem? Guma naciągana do granic możliwości strzeliła w końcu z hukiem i boleśnie zlała po tyłku mistrza, broniącego tytułu po raz czwarty z rzędu. Nadszedł czas pretendentów.