Ostatni tacy sprawiedliwi

Jak to zwykle bywa, Barcelona i Real zupełnie przysłoniły inne drużyny. Ale oto na horyzoncie wspaniałej futbolowej przestrzeni, która ma swoje miejsce na Półwyspie Iberyjskim, pojawiła się inna siła. Zła siła. Mówią o niej: sędziowie.

Chcąc nie chcąc, parę słów o sędziach trzeba napisać. Real po raz pierwszy jest zdecydowanym faworytem do fotela samodzielnego lidera La Liga. Ma ogromną szansę w tym sezonie zdetronizować FC Barcelonę. Wreszcie, chciałoby się powiedzieć. Jednak madrycka prasa w ostatnim tygodniu więcej miejsca poświęca arbitrom pełniącym funkcje „ostatnich sprawiedliwych” na hiszpańskich boiskach. Dodam tylko, że madryckie gazety właśnie uważa się jak to określił jeden ze znanych dziennikarzy, za fanatycznie „prorealowskie”.

Real Madryt rozegrał w niedzielne popołudnie jedno z najgorszych spotkań w tym roku, o ile nie w całym sezonie. Mecz, który przez dziennikarzy żartobliwie nazwany był „mini-derbami Madrytu” przysporzył Królewskim ogromnych problemów oraz wzbudził falę krytyki nad pracą sędziów. Rozpętała się medialna wojna. Tego dnia Rayo atakowało, Rayo nacierało, Rayo przeważało, a skończyło się jak zawsze. Real wygrał, a swoje dołożył również arbiter - Fernandez Borbalan, który po ewidentnym faulu Sergio Ramosa w 19. minucie meczu nie tylko nie podyktował jedenastki, ale też nie ukarał piłkarza drugim żółtym kartonikiem. Powtórki telewyzjne udowodniły też, że w sytuacji, w której Michu otrzymał czerwoną kartkę, zawodnik trafił w piłkę i czysto odebrał piłkę Samiemu Khedirze.

Jose Mourinho przyznał, że w meczu z Realem Rayo nie zasłużyło na porażkę. Arbiter nie zauważył ciosu łokciem wymierzonego Diego Coscie przez Ramosa w polu karnym. Już wcześniej Pepe z właściwą tylko sobie gracją nadepnął Pitiego – także bez konsekwencji. Koniec końców Real dość szczęśliwie dowozi zwycięstwo do końca

Zaledwie 5 km od stadionu Rayo, gdzie – z pomocą sędziów i po fantastycznym golu Ronaldo – Real zrobił kolejny krok do mistrzostwa, Barcelona grała z Atletico. Po raz kolejny, poza aspektami czysto sportowymi znów na pierwszy plan wysunęła się praca arbitra. Nowy trener Rojiblancos Diego Simeone dobrze wiedział, co może go czekać: „– To będzie bardzo trudny mecz. Musimy zwracać uwagę na szczegóły i ani na chwilę nie stracić koncentracji (…) My nie potrzebujemy żadnej dodatkowej motywacji, bo te trzy punkty są tak samo ważne jak wszystkie inne. Nie zmieniamy systemu pracy, ani swojej, ani nikogo innego. Podchodzimy do tego meczu z wielką pokorą” .

Głównym aktorem widowiska pt. „Operacja Blaugrana” na Vicente Calderón był jednak sędzia główny. Mylił się koszmarnie. Przy spalonych, których nie było, a po których gospodarze mogli skontrować pędzących ślepo do przodu Katalończyków. A zagranie ręką Sergio Busquetsa w jednej z ostatnich akcji meczu? Oczywisty rzut karny. Bezsilny Simeone powiedział tylko ironicznie, że nie będzie opłakiwał pracy sędziego, choć kosztowała go ona pierwszą porażkę w roli trenera klubu, który objął po odejściu Gregorio Manzano.

Poprzednie sezony nauczył kibiców Realu i dziennikarzy madryckich gazet wyszukiwania ciekawych, ale niewiele znaczących statystyk. Nawyk ten nie zanikł, chociaż na chwilę przyćmiła go afera z sędziami. W tych okolicznościach wspaniałe osiągnięcia Cristiano Ronaldo i Leo Messiego zeszły na drugi plan. W Barcelonie nie ma wątpliwości, że arbitrzy z wszystkich sił wspierają marsz Realu po mistrzostwo, w Madrycie debatuje się o spiskach na rzecz rywala z Katalonii, sięgając z upodobaniem do czasów norweskiego arbitra Toma Ovrebo i pojedynku z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów (2009).

„- Nie zależy nam na poprawianiu rekordów w liczbie strzelonych bramek, zwycięstw na wyjazdach. Chcemy wygrać ligę. To jest nasz cel” – powiedział Jose Mourinho po karnawale na Santiago Bernabeu. Jego Real urządził kolejny pokaz siły, miażdżąc Espanyol aż 5:0. Po spotkaniu Barcelony z Gijón „El Mundo Deportivo” pisało, że jeżeli Katalończycy wciąż będą odrabiać straty w lidze według scenariusza zaprezentowanego w meczu, to świętowanie mistrzostwa w stolicy Katalonii może trwać bardzo długo. Wygrać zaledwie to spotkanie nie było łatwą sprawą. Barca grała bez czarodzieja Messiego, pauzującego za kartki. Całą drugą połowę grała w dziesiątkę, ale główna wina za przebieg tego meczu spadłą na głowę arbitra. Velasco Carballo w jednej chwili stał się człowiekiem, który od wielu ludzi związanych z Barceloną otrzymał wilczy bilet na Camp Nou. Carballo nie odgwizdał dwóch karnych dla piłkarzy Guardioli i niesłusznie usunął z boiska Gerarda Pique. Nawet w opinii madryckich dzienników postawa sędziego okazała się być dla Barcelony o wiele dotkliwsza niż brak Messiego.

Debata o pracy sędziów jest konieczna i nieunikniona, choć i bez tego w moim odczuciu obecny sezon jest szczególnie irytujący. Bezkarność Pepe, żenujące decyzje arbitrów, „ślepota” członków Federacji. Wszystko to składa się w całość od której najbardziej zagorzali kibice mogą sobie tylko rwać włosy z głów. Futbol zmierza nie w tę stronę, w którą powinien, przy czym nie da się określić prawidłowego kierunku. Ma jednak tę zaletę, że każdy znajdzie w nim argumenty dla poparcia swoich szeroko rozumianych tez. Hiszpański futbol zaczął grzęznąć na kilka kolejek przed zakończeniem sezonu w czczych dywagacjach, „co by było gdyby”? Co by więc było gdyby nie pomyłki arbitrów? Nic!

Gdyby Barcelona od początku przykładała się w sposób właściwy do spotkań dziś nie mówiono by tyle, kto – komu, który sędzia pomógł, a który odebrał nadzieję. Pamiętam w 2009 roku, kiedy różnica między Barceloną i Realem była największa, media w Madrycie pisały o „mistrzu zadekretowanym” sugerując, że „panowie w czerni” pilnują, by Królewscy nie zbliżyli się nawet do Katalończyków. Wystarczy spojrzeć na drugą pozycję w tabeli Primera Division, by zorientować się, gdzie lamenty są głośniejsze. Teraz w Barcelonie, bo traci do Realu 10 pkt.

Wg. „El Mundo Deportivo” Barcelonie najlepiej byłoby wycofać się z rozgrywek, bo są one ustawione przez mafię sędziowską. Mnie – osobie postronnej, takie argumenty mózg rozpieprzają. Bez dwóch zadań! Wiem jedno: arbitrzy się mylą. Do mojej zbolałej świadomości dociera wyimaginowana teoria, że to nie Barca i Real rywalizują o mistrzostwo, ale jakieś ciemne siły pchają ich do tego. Oba kluby wydają na utrzymanie drużyn setki milionów euro więc „stać” ich na to, by dorzucić coś, na zapewnienie sobie przychylności sędziów. Futbolowe podchody już dawno przestały być zabawą dla grzecznych dzieci. Jeśli były nią kiedykolwiek. Według prognoz z początku sezonu Barca i Real miały kroczyć przez Primera Division bez wysiłku (i bez pomocy!) bijąc rywali. Wygląda jednak na to, że aktorów w Hiszpanii jest więcej. Już oba kolosy mają straty, choćby dobrego samopoczucia spowodowane nieudolną pracą panów w czarnych strojach. Hiszpańska Wielka Inkwizycja wydaje się nieporównywalną z tym, co w ostatnim czasie wyrabia się w La Liga.

Mówi się, że suma zysków i strat pomyłek sędziowskich wychodzi na zero w dłuższej perspektywie. Takie wnioski wszystkich nas czynią frustratami, jeśli oczywiście przegrywa drużyna, której z całego serca kibicujemy. Bo kiedy arbitrzy krzywdzą rywala, dokonują w naszym mniemaniu „aktu sprawiedliwości dziejowej”. Ale to trochę tak, jakby powiedzieć, że pomyłki sędziowskie są takim samym czynnikiem, jak nierówna trawa, wiejący wiatr czy padający deszcz. Ryzykowna to i dość karkołomna teza, zarazem niezwykle trudna do przyjęcia dla przeciętnego kibica. I jak tu nie zwariować w tej zgniłej, futbolowej dżungli bez wyjścia? A gdzie miejsce na frajdę z oglądania zmagań naszych pupili?

Arbitraż to zajęcie niemal tak stare jak sam futbol w którym działania celowo oszukańcze lub nie – zaprzepaszczające wysiłek prezesów, piłkarzy i trenerów, są odrażające jak prostytucja małoletnich. „Kariery” zrobiło zbyt wielu sędziów, których po wyjściu na boisko zupełnie nie interesowało rzetelne i uczciwe dbanie o właściwy przebieg rywalizacji. Metody walki z gwizdkowymi ignorantami i niedojdami nie są łatwe, choćby z tego powodu, że tak trudno udowodnić celowe działania na korzyść drużyny przeciwnej. Zjawisko jest szokujące, bo chodzi tu o psucie jakości produktu, którego wartość powinna wzrastać, a nie maleć. Sędziowie okazują się najsłabszym elementem będącej w sile piłkarskiej i finansowej ligi.

Na korupcyjne układy znajdzie się zapewne już wkrótce dość dowodów, by wierzyć, że naprawdę właśnie to dzieje się na naszych oczach. Afera w polskiej piłce, czy słynne Calciopoli to tylko jedne z przykładów rozgrywek, które miały swoje skandale. W gąszczu oskarżeń, podejrzeń i pomówień, w zacietrzewieniu i zaślepieniu fanów na forach internetowych, dla nieuczciwych sędziów to doskonały nawóz, na których paskudny grzyb rozwija się z pewnością łatwiej. Wściekłość za „brudne gry” przesłania nam faktyczny problem. Jedyną metodą zdaje się jednak zimne patrzenie na sprawy. Są rzeczy, których nie sposób udowodnić, co nie znaczy, że nie istnieją. Jednak to profesjonalizm sędziowania na najwyższym poziomie zdaje się być dziś problemem najistotniejszym.

Wniosek? Zmagania z korupcją w piłce, ale też ze zwykłymi pomyłkami arbitrów, są zapewne w interesie tak fanów Realu, jak i Barcelony. Dopóki media i szefowie klubów będą z nimi wojować, każdy na swój sposób, i traktować arbitrów jak narzędzie do osiągania własnych celów, dopóty takie frustrujące echa sporów jak te z minionego tygodnia będą będą powtarzały się często. Bo to, czego nie da się udowodnić, trzeba póki co zostawić na boku. „Messi i Valdes wciąż się nie poddają” – napisał dziennik „Marca” po zwycięstwie Barcelony z Atletico. Oby. Oby też dla dobra całej piłki pojawiali się na boiskach coraz rzadziej tacy „ostatni sprawiedliwi” sędziowie. Poziom emocji, napięcia, perfidii i brutalności w lidze hiszpańskiej nie przekroczył jeszcze jednak masy krytycznej. Przed nami bowiem jeszcze wiele meczów zapewne naznaczonych sędziowskimi błędami. wszystko to już znamy. Co mógłby jeszcze obejrzeć świat, czego jeszcze nie widział przy okazji choćby tylko jakości sędziowania starć Barcelony z Realem? Może tego, że jak w starożytnym Meksyku, po skończonej grze spadną głowy pokonanych.