Ostatni tytuł

Po porażkach w lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów, oczy Katalończyków zwrócone zostały na rozgrywki o Puchar Króla. Do rozegrania pozostał im już tylko jeden mecz – finał. Zagrają przedstawiciele dwóch nacji, które z królem i władzą w Madrycie nie chcą mieć kompletnie nic wspólnego.

Przegrani

Dzisiejszy mecz zapowiada się jako pojedynek dwóch ofensywnie nastawionych drużyn… które w tym roku są PRZEGRANE. Barcelona przegrała sezon w lidze zdecydowanie ustępując Realowi, a i w Lidze Mistrzów zanotowała spore rozczarowanie. Będzie to ostatnie spotkanie i pożegnanie się Pepa Guardioli z rolą szkoleniowca Dumy Katalonii. Nie mam żadnych wątpliwości, że piłkarze zrobią wszystko, aby godnie pożegnać go wygraniem Pucharu Króla. Będzie to 247 raz, kiedy Pep Guradiola zasiądzie na ławce Katalończyków. 152 razy w Primera Division, 50 w Lidze Mistrzów, 30 w Pucharze Króla, sześć w Superpucharze Hiszpanii, dwa w Superpucharze Europy i cztery na klubowych mistrzostwach świata. Uff… oto dorobek, który wielu trenerów może przytłaczać.

Spośród wszystkich 55 rywali, którzy stanęli na drodze drużynie Mistera, nie udało się pokonać tylko jednego – Chelsea Londyn. Ponadto w 246 spotkaniach odniósł 178 zwycięstw (to ponad 70%), zanotował 47 remisów i poniósł 21 porażek. Jego piłkarze zdobyli 635 goli, stracili 181. Imponujące liczby. Nie chcąc nawet wymieniać wszystkich pucharów, które zdobył Guardiola z Barceloną, wiadomym jest wszystkim cules, że piłkarze z Camp Nou wybiegną zmotywowani jak nigdy wcześniej. Wybiegną, aby wygrać po raz ostatni dla swojego trenera.

Dla „Los Leones” nie tak miał wyglądać finisz tego sezonu. Miało być wspaniale, mieli przystąpić do tego finału jako świeżo upieczeni triumfatorzy Ligi Europy, a tu dupa! Tak się nie stało bo trofeum sprzed nosa zgarnęło im Atletico Madryt, które wygrało doświadczeniem i Radamelem Falcao. Grając po drodze wiele interesujących spotkań Athletic z pewnością zasłużył na ten finał, który może pomóc Baskom uratować sezon.

- Chcemy wrócić z Madrytu z Pucharem nie myśląc o przeszłości. Po porażce z finału Ligi Europy zostały wyciągnięte odpowiednie wnioski. Jesteśmy przygotowani i skupieni. Wiemy, że Barcelona pozostaje wciąż niebezpiecznym rywalem. Ta drużyna ma wielu wielkich i wspaniałych piłkarzy, a to, że zakończyli sezon bez tryumfów w lidze czy Champions League nie oznacza wcale, że to drużyna skończona. W ostatnich latach nie kto inny jak właśnie Barcelona wygrywała wszystko i niemal z wszystkimi i jestem przekonany, iż nadal będzie wygrywać – powiedział w wywiadzie zawodnik Athleticu, Javi Martinez.

On i jego koledzy ligę zakończyli dopiero na 10. miejscu, ale odkąd tylko awansowali do finału Copa del Rey, w moim odczuciu całkowicie odpuścili walkę w Primera Division na rzecz europejskich pucharów. Grę na europejskich boiskach gwarantuje im już sama obecność w finale. Dlatego od chwili gdy w lutym znano już obydwu finalistów, podopieczni Marcelo Bielsy zaczęli dosłownie przechodzić obok kolejnych ligowych spotkań, skupiając się jedynie na meczach przed własną publicznością.

Wszelkie porażki kibice mogli im jednak zapomnieć dzięki formie w Lidze Europy, bo styl, w jakim „Los Leones” ograli m.in. Manchester United czy Schalke, wzbudzać musiał respekt. Kiedy już wydawało się, że baskijskie działo najcięższego kalibru rozstrzela w finale ligowych rywali, wszystko pękło, a na murawę stadionu w Bukareszcie spadła ulewa łez. W chwili obecnej wygrana w Pucharze Króla byłaby na pewno czymś, co pozwoliłoby kibicom zapomnieć o tej nieudanej kampanii, kończąc tym samym trwającą od 1984 roku pucharową posuchę.

Vicente Calderon powinno więc bardziej zmotywować (albo może właśnie zdemotywować?) podopiecznych Marcelo Bielsy, którzy będą chcieli wygrać Puchar Króla na śmieciach rywala z Ligi Europy. Baskowie znają już smak zwycięstwa na tym obiekcie – wygrali tu rozgrywki w 1973 roku, kiedy to w finale pokonali Castellon 2:0. Na tym stadionie rozegrano łącznie 11 finałów, w których aż pięciokrotnie występowali dzisiejsi finaliści z kraju Basków. Pomimo triumfu, starszym kibicom ten stadion bardziej może kojarzyć się z przegranym finałem w 1977 roku, kiedy to po remisie 2:2 po 20 rzutach karnych ich drużyna uległa Betisowi 7:8.

Podobne wspomnienia ma Barcelona, która tylko raz zdołała wygrać na tym obiekcie. Zaczęło się koszmarnie, bo w 1976 roku poległa z Realem Madryt aż 0:4. Lepiej było pięć lat później, kiedy wygrała ze Sportingiem Gijon 3:1, jednak ostatnie starcie na Calderon to znowu porażka, tym razem z Realem Saragossa (0:1) w 1986 roku.

A co na to prasa?

Rzut oka do katalońskich dzienników wystarczy, by przekonać się w jakiej atmosferze wyczekuje się pierwszego gwizdka na  Vicente Calderon w Madrycie. Przede wszystkim podkreśla się w nich fakt, że będzie to bardzo ważne spotkanie dla obu ekip. Droga katalońskiej Barcy do tego finału rozpoczęła się dużo wcześniej niż innych. Najpierw bowiem czekał zawodników wylot na klubowe mistrzostwa świata. Dwumecz z Hospitaletem podopieczni Guardioli potraktowali raczej jako sparing i rozbili rywala 10:0.

Następnie przyszła kolej na Osasunę, którą – trzeba tu uczciwie przyznać – po pierwszym meczu, zakończonym wysokim 4:0 gracze Barcy zlekceważyli i w rewanżu przegrali już tylko 1:2. Jednak to wystarczyło. Zaglądam dalej w swoje notatki i notuję w pamięci ćwierćfinał. To oczywiście słynna batalia z Realem Madryt, zakończona ostatecznie wynikiem 4:3 w dwumeczu na korzyść graczy z Camp Nou. W półfinale jednak nie było wcale łatwiej, Valencia bowiem postawiła naprawdę wysokie wymagania, przynajmniej w pierwszym, zremisowanym 1:1 meczu na Estadio Mestalla. Rewanż na Camp Nou był już jednak formalnością i po golach Xaviego i Fabregasa mogli oni cieszyć się z kolejnego już finału Pucharu Króla.

Droga Basków było nieco mniej skomplikowana. Zaczęło się od dwumeczu z Oviedo, wygranego dwa razy po 1:0. Później był niespodziewany bezbramkowy remis z Albacete, ale na swoim boisku nie dali już rywalom żadnych szans, wygrywając 4:0. W ćwierćfinale również nie było większych problemów – najpierw na San Mames wygrali z Mallorką 2:0, a na wyjeździe dorzucili jeszcze jedną bramkę. Do półfinału dość niespodziewanie dotarł trzecioligowy Mirandes, który okazał się jednak najgroźniejszym rywalem ze wszystkich dotychczasowych. Jako pierwszy zdołał także wbić bramkę rywalowi, ale w pierwszym meczu przegrał na swoim terenie 1:2. W rewanżu na San Mames nie było już łaski i Baskowie rozbili rywala aż 6:2,  mimo wszystko jednak trzecioligowiec pozostawił po sobie doskonałe wrażenie.

Media obydwu nacji przed finałem starają się znaleźć wszelkie możliwe zależności i osobliwości, które przybliżyłyby ich kluby do triumfu. Baskowie podkreślają postać Pablo Herrery, ojca Andera Herrery, jednego z kluczowych graczy ekipy Bielsy. 26 lat temu zdołał jako gracz Realu Saragossa ograć Barcelonę właśnie na Vicente Calderon. Równocześnie katalońskie dzienniki szczególnie podkreślają fakt, że będzie to bardzo ważne spotkanie także dla Andresa Iniesty. W jego głębokim worku pełnym trofeów, w którym są prawie wszystkie, niby znajduje się już medal za zdobycie Pucharu Króla w 2009 roku. W tamtym finale jednak Don Andres nie mógł wystąpić z powodu kontuzji, później nie udało mu się również wygrać w finale w Walencji przeciwko Realowi. Dlatego będzie miał dodatkową motywację, aby tym razem osiągnąć ten sukces nie dzięki innym, ale swoją własną, ciężką pracą.

Sport I polityka

Obie jednak strony maja wspólne stanowisko co do wyboru wyboru stadionu, na którym rozegra się mecz, oraz o znaczeniu politycznym finałowej rywalizacji. Głównym mianownikiem stał się Madryt, a nieco inną rolę odegrał stołeczny klub piłkarski, który nie zgodził się na wspólną propozycję obydwu finalistów, aby to właśnie na Santiago Bernabeu rozegrać finał rozgrywek. Oficjalnie zasłonięto się remontem, jednak nikt tak naprawdę w to nie uwierzył. I słusznie, ponieważ już 3 czerwca na tym samym obiekcie ma odbyć się mecz charytatywny pomiędzy weteranami Realu i Manchesteru United.

Gdy w 2009 roku Barcelona i Athletic grały finał Copa del Rey w Walencji, kibice wygwizdali parę królewską, a następnie zagłuszali hiszpański hymn. Podczas niedawnego finału ligi europy baskijscy kibice odpowiedzieli gwiazdami na “E viva Espana” zaintonowaną przez fanów Atletico. Kluby, z walczących o swoją niepodległość dwóch najbardziej nacjonalistycznych regionów Hiszpanii, nie mogły sobie wybrać lepszego miejsca do zamanifestowania odrębności niż właśnie Madryt – siedzibę władz centralnych i miejsce, z którego przez dekady rządził znienawidzony Francisco Franco, stosujący represje wobec obydwu narodów.

Podczas dzisiejszego finału a trybunach zabraknie m. in. (uwaga niespodzianka!) króla Juana Carlosa. Zastąpi go książę Felipe, który dochodzi do siebie po odbytej operacji biodra. Monarcha urazu nabawił się w Botswanie, gdzie polował na słonie, co w czasach kryzysu i blisko 25 procentowego bezrobocia spotkało się ze świętym oburzeniem hiszpańskiej ludności. Wybierający się na stadion kibice nawołują, by w trakcie grania hymnu śpiewać popularną wśród dzieci piosenkę o słoniu, a Ruch Catalunya już zapowiedział akcję “Gwizdy na rzecz niepodległości”.

Na spotkaniu nie pojawi się na pewno pani Esperanza Aguirre, prezydent Comunidad de Madrid (Wspólnota Madrytu). Władze obawiają się reakcji kibiców do tego stopnia, że pani przewodnicząca Aguirre nawoływał nawet do odwołania finału. Zamach na flagi i hymn są łamaniem prawa. Dlatego finał należy odwołać i przeprowadzić go w innym miejscu bez udziału publiczności. Opinia ta nie spotkała się jednak z akceptacją pozostałych przedstawicieli rządu. Minister spraw wewnętrznych dość szybko wykluczył taką ewentualność, apelując przy tym, aby nie mieszać polityki i sportu. Nawet szef baskijskiego oddziału partii rządzącej stwierdził, że i jemu nie podobają się hasła gwizdy oraz wyzwiska, ale nawoływania madryckich ultrasów w niczym nie powinny przesłonić rangi tego finału. – Nie polityka powinna rządzić, ale każda z drużyn musi odszukać swoją własną motywację – powiedział pan Antonio Basagoiti.

Jak każdy finał wielkiej imprezy, a przynajmniej tej o prestiżowym zabarwieniu, ma swoje “smaczki i kąski” w których lubują się dziennikarskie hieny. Tym razem chodzi znów o Marcelo Bielsę.  Nie można więc nie wspomnieć o „El Loco” i tym, co zrobił przed finałem Copa  del Rey sezonu 2011/12. Kiedy wszyscy spodziewali się, że cała drużyna, łącznie z tymi którzy mieli swój udział w doprowadzeniu Basków do finału, ale nie zagrają z powodów proceduralnych przyleci do Madrytu już w środę z całym sztabem technicznym, Bielsa postanowił, że… gracze, którzy nie mogą zagrać w finale, dołączą do ekipy dopiero tuż przed meczem oraz będą zakwaterowani w zupełnie innym hotelu niż zawodnicy podstawowego składu. Po czym wziął 18 powołanych na finał piłkarzy i poleciał w środę do stolicy Hiszpanii, zostawiając osłupiałą resztę w Bilbao. Wariactwo, na które stać tylko takiego gościa jak Bielsa. Obczajacie temat żeby John Terry, Meireles czy Ramires dolecieli do Monachium w sobotę tuż przed meczem?!

Słów kilka na koniec

Przed ostatecznym starciem tego sezonu spójrzmy jeszcze po raz ostatni na drogi obydwu drużyn do finału. Katalończycy: Osiem spotkań, pięć zwycięstw, dwa remisy, jedna porażka, bramki 25:5. Baskowie: osiem spotkań, siedem zwycięstw i jeden remis, bramki 16:3.

Ponadto Puchar Króla to trofeum Athleticu i Barcelony. Katalończycy zdobyli go aż 25-krotnie (10-krotnie przegrywając w finale), a Baskowie mają zaledwie dwa triumfy mniej (i dwa przegrane występy w finale więcej).

Łącznie obie ekipy zmierzyły się ze sobą w finale aż sześciokrotnie. Czterokrotnie lepsza okazała się Barcelona (1920, 1942, 1953 i 2009), dwa razy zwyciężał Athletic (1932, 1984)

Warto jeszcze wspomnieć, że zwycięzca tego pojedynku zmierzy się w meczu inaugurującym następny sezon o Superpuchar Hiszpanii z mistrzem kraju, czyli Realem Madryt.