Ostatnia szansa katalońskiej ofiary?

Barcelona-Pedro-Rodriguez_3034000

Gra w takim klubie jak Barcelona nie jest łatwa. To dość wyświechtany slogan, który wydaje się być oczywistością. Wie o tym doskonale każdy, kto choć przez sezon miał przyjemność występować przed publicznością na Camp Nou. Ciężko jest piłkarzom, którzy przychodzą z innych klubów, ale nie łatwo jest również wychowankom – tym, którzy spędzili tutaj w niektórych przypadkach nawet połowę swojego dotychczasowego życia. Wielkie oczekiwania, połączone z rzadko stosowanym w innych miejscach stylem gry, nie są idealnym miejsce do pokazania swoich umiejętności dla wszystkich piłkarzy. Przykład? Proszę bardzo – Zlatan Ibrahimović. O geniuszu Szweda przekonywać nikogo nie trzeba. O tym, że jest to napastnik kompletny również. W stolicy Katalonii mu jednak – delikatnie mówiąc – nie wszystko wyszło. Ostatnio natomiast gorącą futbolową atmosferę, która zrodziła się po nie najlepszym w wykonaniu Barcy sezonie, odczuł Pedro Rodriguez.

Pedro trafił do juniorskich zespołów Blaugrany w 2004 roku. Po kolei przechodził wszelkie szczeble, aż w 2007 roku zawitał w drugiej drużynie. Bardzo dobrze radził sobie w sezonie 2007/2008, kiedy był jednym z kluczowych elementów tamtej ekipy. Zaowocowało to pierwszymi powołaniami do seniorskiego teamu prowadzonego wówczas przez Franka Rijkaarda. Nieco więcej razy Kanaryjczyk miał okazję wystąpić pod okiem nowego szkoleniowca, którym był Pep Guardiola. Skrzydłowy nie zdobył co prawda żadnego gola, ale sprawiał pozytywne wrażenie. Przede wszystkim było widać, że liczy na niego Mister. Dowodem tego był fakt wpuszczenia go na boisko w finale Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Trzeba dodać, że była to już 90. minuta, ale tym posunięciem dał jasno do zrozumienia, że sztab szkoleniowy jest z niego zadowolony. Mimo to, Rodriguez cały czas był oficjalnie zawodnikiem Barcelony B.

Ta sytuacja zmieniła się latem 2009 roku, kiedy Guardiola postanowił włączyć Pedrito, bo tak był wtedy nazywany, w struktury pierwszej drużyny. Ten natomiast odwdzięczył się bardzo dobrą grą. 22-letni wówczas skrzydłowy stał się rewelacją rozgrywek. A rywali do gry w składzie nie miał przecież pierwszych lepszych – Messi, Ibrahimović, Henry, Bojan. Na uwagę zasługuje 12-bramkowa zdobycz w lidze. A zdobywając gola w grudniowym półfinale Klubowych Mistrzostw Świata, przeszedł do historii. Był bowiem pierwszym zawodnikiem w dziejach Dumy Katalonii, który podczas jednego sezonu strzelał bramkę w sześciu różnych rozgrywkach. Wcześniej sztuki tej dokonał w Superpucharze Europy i Hiszpanii, Primera Division, Copa del Rey oraz Champions League. Ważne było trafienie z europejskiego Superpucharu. W meczu z Szachtarem Donieck konieczna była dogrywka, a Hiszpan właśnie wtedy zadał decydujący cios.

Jego dobra forma sprawiła, że przed kolejną kampanią był stawiany jako pewniak w linii ataku obok Leo Messiego. Sytuację tę ułatwiło również odejście Ibry i Henry’ego. Do klubu przybył w zasadzie tylko David Villa. Z pierwszych liter imion bądź nazwisk piłkarzy tego trio utworzono skrót MVP. Ich współpraca naprawdę wyglądała korzystnie. Zwieńczeniem tego była wygrana w lidze oraz Lidze Mistrzów. W finale tych elitarnych europejskich rozgrywek każdy z tej trójki zdobył gola. Bardzo dobrym pojedynkiem w ich wykonaniu było również ligowe starcie z Realem Madryt na Camp Nou zakończone legendarną manitą. Sam Pedro w przeciągu całego sezonu utrzymywał swoją grę na bardzo dobrym poziomie.

To zmieniło się w ostatnim sezonie z Pepem Guardiolą na ławce. Cała maszyna nie pracowała już jak wcześniej. W grze niektórych zawodników można było dostrzec wypalenie. Wielu z nich zdecydowanie obniżyło loty. Na efekty nie trzeba było czekać długo. Mistrzem Hiszpanii został madrycki Real, a Barca została tylko z mniej znaczącym Pucharem Hiszpanii. Mimo że Pedro należał do ważniejszych zawodników w przedniej formacji, to nie była to już tak widowiskowa gra, jak w dwóch wcześniejszych temporadach. Sądzę, że katalońska ofensywa mocno ucierpiała w chwili złamania nogi przez Davida Villę. Sprowadzony Alexis nie był jeszcze na tyle zgrany z drużyną, a Iniesta i Fabregas przesuwani do przodu nie zawsze prezentowali tam swój najlepszy poziom.

Kolejny dwa sezony były w wykonaniu skrzydłowego jeszcze słabsze. Pracując i z Tito Vilanovą (w zasadzie z duetem Vilanova & Jordi Roura), i z Gerardo Martino pochodzący z Wysp Kanaryjskich piłkarz nie potrafił znaleźć swojego miejsca w drużynie. Nie chcę zrzucić całej winy na zawodnika, bowiem trenerzy także są oczywiście w pewien sposób za niego odpowiedzialni. Długimi fragmentami gra Hiszpana była jednak, łagodnie mówiąc, daleka od ideału. Raziła zwłaszcza jego nieumiejętność podejmowania dobrych decyzji. Ile razy przecież był w doskonałej sytuacji do zdobycia gola, a on szukał partnera (najczęściej Messiego)… Wielokrotnie chciał zrzucić z siebie odpowiedzialność, ale chyba niepotrzebnie. Spójrzmy na okres, kiedy w zeszłej kampanii Argentyńczyk nie mógł grać z powodu kontuzji. W tym czasie jednym z najlepszych zawodników katalońskiego klubu był właśnie Pedro. To on dostał ważniejszą niż zwykle rolę w zespole i umiał się z niej wywiązać. Kiedy wrócił do gry Leo, wróciła również stara wersja Pedro – zawodnik, który chce zrzucić ciężar na innych. Efektem jest dużo mniejsza pewność siebie. To z kolei niesie szereg kolejnych uchybień w dyspozycji boiskowej Rodrigueza. Jego dryblingi nie są już ani tak przebojowe, ani efektywne, jak kiedyś. Nierzadko zdarzają mu się proste błędy techniczne, które wstrzymują akcje zespołu i deprymują kolegów. Zawodnikowi nie można odmówić woli walki, ponieważ lubi wrócić do obrony i spróbować odebrać piłkę. Co najważniejsze – robi to bez żadnych grymasów i fochów.

Nie można też powiedzieć, by stanowił jakiś problem w szatni. Patrząc na zdjęcia czy filmy, widać, że Pedrito jest lubianą i poważaną personą wewnątrz ekipy. Przeważnie możemy dostrzec go uśmiechniętego, cieszącego się. Niewątpliwie, po dość obiecującym początku w drużynie Azulgrany, obecnie Rodriguez przechodzi pewien kryzys. Jego czynników jest kilka. Myślę, że przede wszystkim nigdy nie dano mu odczuć, że może stać się pierwszoplanową postacią w tym zespole. Wyżej stawiano Ibrahimovicia, Villę, Alexisa czy ostatnio Neymara, a Hiszpan zawsze był w ich cieniu. To przekładało się na mniej okazji do gry, czyli automatycznie mniejszą regularność. Jeśli bowiem wchodzisz na ostatnie 5 minut w bardzo ważnych pojedynkach, kiedy większość piłkarzy czeka tylko na ostatni gwizdek, nie zdziałasz wiele w pojedynkę. A taka sytuacja powtarzała się podczas ostatnich dwóch lat bardzo często. Od odejścia Guardioli Pedro jest wykorzystywany jako cenne uzupełnienie składu, wskakując do wyjściowej jedenastki w najważniejszych pojedynkach tylko w razie konieczności. Następcy Pepa nie potrafili bowiem wykorzystać chyba całkowicie jego potencjału. Dlatego można było dostrzec, że gracz momentami męczył się na boisku. A przy okazji, oglądając to, męczył się też kibic…

A jak spisuje się nasz główny bohater w reprezentacji? Oj, tam to wygląda zupełnie inaczej. Vicente del Bosque nie wyobraża sobie kadry bez barcelońskiego skrzydłowego. Ten z kolei odwdzięcza mu się zazwyczaj dobrą grą. Rodriguez zwyciężał z kadrą na Mistrzostwach Świata w RPA oraz polsko-ukraińskich Mistrzostwach Europy. Można więc powiedzieć, że na gruncie drużynowym jest spełnionym zawodnikiem, bo wygrał dosłownie wszystko. Na tegorocznym mundialu już tak kolorowo nie było, ale to samo można powiedzieć o każdym zawodniku powołanym przez Sfinksa. Po blamażu z Holandią i porażką z Chile jasne stało się, że broniący tytułu Hiszpanie wrócą do domu po pierwszej rundzie. Na osłodę dość pewnie wygrali z najsłabszą w grupie Australią. Na ogół jednak Pedro wygląda na zgrupowaniach La Furia Roja, jakby był całkiem innym piłkarzem. Z czego to wynika? Myślę, że zaufanie trenera jest porównywalne z tym, jakim darzył go Pep Guardiola.

Wracając na grunt klubowy, Pedro bierze obecnie udział w przedsezonowych przygotowaniach z pierwszym zespołem pod okiem nowego coach’a – Luisa Enrique. Były piłkarz Barcelony widzi natomiast swojego podopiecznego w nowej, dosyć zaskakującej, roli. Otóż Rodriguez ma zostać następcą Daniego Alvesa i grać na prawym boku obrony. Z jednej strony mogłoby być to niezłe rozwiązanie, ponieważ, jak pisałem wcześniej, Hiszpan jest zawodnikiem dość szybkim, co może mu pomóc w powrocie do defensywy po zapędzie do przodu. Dodatkowo jest nieustępliwy i waleczny, co jest mile widziane na jego domniemanej pozycji. Jednak jest jeszcze pewne “ale”. Czy można bowiem przekwalifikować w dwa miesiące nominalnego skrzydłowego w bocznego obrońcę? Przypominam, że nie mówimy o polskim A-klasowym zespole, tylko o jednym z lepszych klubów na świecie. Mam co do tego mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli dodam, że w katalońskim systemie skrzydłowi defensorzy pełnią bardzo ważną funkcję, a ich brak we właściwym miejscu może kończyć się w niepożądany sposób. Dlatego, gdybym to ja był asturyjskim trenerem, w przypadku odejścia Daniego Alvesa postarałbym się o ściągnięcie klasycznego right-back’a. Takiego, o którego nie musielibyśmy drżeć przez całe 90 minut.

Na koniec chcę jeszcze poruszyć kwestię sprzedaży Alexisa Sancheza. Niejako jest w nią bowiem wmieszany Hiszpan. Kiedy okazało się, że Barca będzie szukać nowego napastnika, jasne stało się, że mając w składzie również Messiego i Neymara, dla jednego z tej dwójki może zabraknąć po prostu miejsca. Zdecydowano się przyjąć ofertę za Chilijczyka. Na pewno była ona bardziej korzystna finansowo dla katalońskiego klubu, bo Sanchez ostatni sezon miał naprawdę dobry, a potwierdził to swoją grą na mundialu. Od jakiegoś czasu dochodziły do nas także głosy, że pragnie on spróbować swoich sił poza Półwyspem Iberyjskim. Ja do pewnego czasu byłem wielkim obrońcą osoby Pedro. Ostatnie pół roku przekonało mnie jednak, że więcej może nam dać chyba piłkarz z Ameryki Południowej. Jestem więc ciekawy, jak będzie wyglądał przyszły rok w wykonaniu obu piłkarzy. Być może Sanchez obniży loty, a Pedro zagra tak, jak za czasów Pepa Guardioli. Jedno jest pewne – dyrekcja sportowa dała kolejną, kto wie czy nie ostatnią, szansę hiszpańskiemu zawodnikowi. Od dawna spekuluje się przecież o zainteresowaniu Dumy Katalonii Marco Reusem. Niemiec miałby dołączyć do Barcelony przyszłego lata. Wtedy o miejsce w linii ataku będzie jeszcze ciężej i niewykluczone, że ktoś będzie musiał odejść.

Nie chcę powiedzieć, że Pedro Rodriguez jest słabym piłkarzem, bo rozpowiadałbym herezje. To, że ostatnie dwa sezony nie poszły mu najlepiej, nie jest tylko i wyłącznie jego winą. Tak samo można mieć żal do trenerów, którzy swoimi wyborami potwierdzali, że Kanaryjczyk jest dla nich graczem wykorzystywanym w rotacjach. Nie był podstawowym wyborem ani podczas pracy Tito Vilanovy, ani także podczas ostatniego sezonu z Tatą Martino. Szkoda, bo lata, w których katalońską szatnią dowodził Pep Guardiola, pokazały, że w skrzydłowym drzemie odpowiedni potencjał, by z pełną odpowiedzialnością reprezentować bordowo-granatowe barwy. Od odejścia trenera z Santpedor drużyna zaczęła grać słabiej, a jednym z medialnych kozłów ofiarnych został właśnie Pedro. Można mieć do niego wiele pretensji, obwiniać go o niektóre złe wybory, ale uważam, że należy dać mu szansę. Szansę pokazania, że te dwa lata, podczas których umiał posadzić na ławkę choćby Thierry’ego Henry’ego nie były dziełem przypadku. Teraz u Luisa Enrique każdy ma czystą kartkę, więc wszyscy zaczynają od zera. Czy na boku obrony, czy nominalnie na skrzydle – Pedro musi udowodnić swoim największym krytykom, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W przeciwnym razie może to być ostatni sezon w stolicy Katalonii.