Partido a partido

Jedna porażka może zniweczyć wysiłek całego sezonu. Jeden błąd może zaprzepaścić szansę na końcowy tryumf. Moment zawahania, brak decyzji mogą zadecydować, czy będziesz najlepszy, czy dopiero drugi. Dlatego, choć seria 10. kolejnych zwycięstw Barcelony cieszy, pamiętać trzeba, że wystarczy jedna porażka, jeden słabszy tydzień i wszystkie demony przeszłości Barcelony wrócą jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki na Camp Nou.

Wszyscy pamiętamy te grobowe nastoje po styczniowej porażce z Realem Sociedad. Porażka, która przelała czarę goryczy i miała stać się, i stała się, początkiem nowego rozdziału w Barcelonie. 10. kolejnych zwycięstw z rzędu nie jest dziełem przypadku, czy szczęściem, ale efektem pracy, która w końcu przynosi wymierne efekty. Tę Barcelonę chce się oglądać!

To tylko pokazuje jak ważna w sporcie jest psychika i podejście samych zawodników, sztabu trenerskiego do wyzwań. Z tygodnia na tydzień, Duma Katalonii rosła w oczach i rośnie nadal. Jasne, że dalej nie jest idealnie, bo obrona dalej ma momenty dekoncentracji, linia pomocy jak zawodziła, tak zawodzi, choć zauważyć trzeba, że Rakitić oraz Rafinhia nareszcie nie są tylko pachołkami, ale mają realny wpływ na postawę drużyny. I pamiętać trzeba, że mamy dopiero luty, więc nikt jeszcze nie przyznaje mistrzostwa za serię kilku zwycięstw. Jest dobrze i tak jak do futbolu podchodzi Simeone, Enrique i spółka muszą grać mecz za meczem, bez oglądania się na innych.

Przed Barceloną dopiero najtrudniejsze wyzwania. Rewanż w półfinale Pucharu Króla nie musi być spacerkiem, wystarczy, że Katalończycy zlekceważą zawodników Żółtej Łodzi Podwodnej. Za niespełna dwa tygodnie wraca Liga Mistrzów. Dwumecz z Manchesterem City będzie wymagał od Messiego i reszty piłkarzy absolutnego zaangażowania przez pełne 90 min.

Na podwórku ligowym sytuacja też nie jest jeszcze klarowana. Mimo że sam Leo Messi ma lepsze statystyki w 2015 roku niż ofensywny tercet Realu Madryt, to właśnie Królewscy przewodzą w ligowej tabeli, a pamiętać należy, że to Barcelonę czekają wizyty na Vicente Calderón i Ramón Sánchez Pizjuán; do rozegrania został również ligowy klasyk z Los Blancos, a przy tak wyrównanej stawce, każde potknięcie może oznaczać katastrofę.

Liderem odnowionej wersji Barcelony jest, jak łatwo się domyślić, Leo Messi, który notuje najlepszy początek roku w swojej profesjonalnej karierze. La Pulga znowu sieje postrach grając częściej na pozycji prawoskrzydłowego, choć to nie stanowi problemu, aby Argentyńczyk podczas każdego meczu był przywódcą, który jest wszędzie, który asystuje, strzela, pomaga w pressingu i robi to, do czego nas przyzwyczaił, czaruje jak za najlepszych czasów.

To funkcjonuje. Tercet Neymar-Suarez-Messi z meczu na mecz dogaduje się coraz lepiej. I nawet kiedy jeden z nich ma gorszy dzień, to pozostała dwójka nadrabia braki. Azulgrana w końcu stała się hybrydą, która łączy słynną katalońską tiki-takę z zabójczym kontratakiem, szybkim przejście do ofensywy i morderczym pressingiem na połowie rywala. Zawodnicy wiedzą co mają robić na boisku, nie snują się jak zjawy, tylko doskakują do przeciwnika.

Oglądając Barcelonę w końcu widać drużynę; w końcu widać, że wszystkie elementy układanki do siebie pasują. Enrique stworzył jeden organizm, którego sercem i mózgiem jest Leo Messi. Skończyły się niezrozumiałe rotacje. Pique wraca do swojej najlepszej dyspozycji i faktycznie, rośnie z meczu na mecz i z pewną dozą pewności rzecz można, że Piquenbauer powraca. Alves i Alba utrzymują dobrą dyspozycję. Linia pomocy, może dalej jest na bakier z kreatywnością, ale jest nieoceniona jak idzie o wspomaganie defensywy. Potrzebujemy walczaka w środku pola? Jest Mascherano. Potrzebujemy łącznika defensywy z ofensywą? Jest Busquets. Potrzebujemy stabilności i regularności? Jest Xavi i Iniesta.

Co ważniejsze, widać, że gra na powrót sprawia zawodnikom frajdę, że oni nigdy nie mają dość. Walczą o każdą piłkę, o każdy centymetr boiska i widać, że wierzą w to co robią, bo w końcu są efekty, jest magia i są wyniki.

Ale pamiętajmy, że to wszystko może skończyć jedna porażka, ba, jeden remis. Idylla nie będzie trwała wiecznie i wtedy zobaczymy, na ile Barcelona 2015 jest monolitem, a na ile czasowym tworem. Porażka musi w końcu nadejść. Enrique znowu będzie nazywany nauczycielem WF-u, będzie się znowu mówiło o słabej dyspozycji strzeleckiej Suareza; będzie się narzekało na Bóg wie co. Ale paradoksalnie, ta krytyka powinna jeszcze bardziej scementować zespół, utrwalić to, co było budowane z mozołem przez ostatnie miesiące.

Mecz za meczem, a szansa na więcej niż jedno trofeum stanie się czymś więcej, niż mrzonką.