Pewna historia, prawie klasyka gatunku

W sezonie 1961/62 rozegrano siódmą edycję Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Finał w Amsterdamie przez lata uchodził za najlepszy mecz w historii Pucharu Mistrzów, którego kontynuacją jest dzisiejsza Liga Mistrzów UEFA.

Rywalizacja między Realem a Barceloną oraz emocje z tym związane nie są niczym nowym. Zmieniają się tylko piłkarze. Passa Realu w Europie trwała już nieprzerwanie pięć lat. Real był wielki aż w końcu znalazł się ktoś, kto zakończył serię pięciu pucharowych zwycięstw. To była drużyna z Katalonii. Po zdobyciu Pucharu Interkontynentalnego w 1960 roku krótko trwała radość Realu ze zdobycia tytułu. W sezonie 1960/61 Real rozpoczął rozgrywki od drugiej rundy, wylosował Barcelonę i został przez nią wyeliminowany (2:2, 2:1). O awansie Barcelony zadecydowały niezrozumiałe dla nas, współcześnie żyjących, decyzje arbitra. Z punktu widzenia Europy była to sensacja, z punktu widzenia madriditas dość kontrowersyjny powód do smutku, z punktu widzenia Blaugrany niewątpliwy sukces, gdyż została przerwana hegemonia największego z rywali.

W wielkiej mierze było to zasługą legendarnego trenera Barcy – Helenio Herrery, pod którego wodzą występowała plejada znakomitych piłkarzy, by wymienić tylko Sandora Kocsisa, Zoltana Czibora, Ladislao Kubale, Evaristo, Eulogio Martíneza, Luisa Suáreza, którzy stanowili o sile ataku porównywalnego z napadem Realu.

Już pod koniec lat 40-tych zaczynało być oczywistym, że Les Corts są po prostu za małe na taki klub jak Barcelona. Wraz z otwarciem nowego stadionu 24 sierpnia 1957 roku, który nazwano Camp Nou, wysłano wyraźny sygnał jak wielkie aspiracje drzemią w tym klubie. Nowy obiekt mógł pomieścić 90.000 ludzi, co liczyło się w kontekście rosnącej liczby socios (49.000).

Barcelona dotarła do szwajcarskiego finału w którym został skarcona przez teoretycznie słabszą Benficę. Kocis i Czibor ponownie odczuli gorzki smak porażki bowiem wcześniej na stadionie Wankdorf w Bernie, reprezentacja Węgier przegrała finały mistrzostw świata.

Już w kolejnym sezonie okazało się, że sukces Benfiki nie był sprawą przypadku. Real wciąż świecił, a w panteonie gwiazd byli tacy gracze jak di Stefano, Puskas, Gento, del Sol czy w końcu Santamaria. Sternikiem flagowego okrętu z Madrytu był Miguel Munoz. Trener Portugalczyków, notabene Węgier Bela Gardos Guttmann z kolei to ten, bez którego sukcesy Benfiki z tamtych lat byłyby niemożliwe. Kiedy z Benficą wygrywał w Amsterdamie przeciw wielkiemu Realowi miał 62 lata. Lecz prawdziwym symbolem tego zwycięstwa stał się Eusebio. W finale 20-latek zaprezentował się jako debiutant, choć świat już o nim słyszał znacznie wcześniej.

Rozegrany wcześniej międzynarodowy turniej w Paryżu to był dopiero prawdziwy test dla chłopaka urodzonego w portugalskiej kolonii, Mozambiku. Benfica zagrała przeciw Santosowi w skadzie którego znaleźli się mistrzowie świata z Zito i Pele na czele. Do przerwy było pięć do koła dla Brazylijczyków, a w drugiej odsłonie trzy bramki Santosowi zaaplikował Eusebio. Wtedy o wyczynie nastolatka wiedzieli tylko kibice z Parku Książąt, ale już w finale z Realem dzięki przekazowi stacji telewizyjnych, jego wyczyny zobaczyła cała Europa.

W tę upalną noc jak wspominał mój teść, Real Madryt zmuszał dwukrotnie do odrabiania strat mistrzów Portugalii. Puskasowi, już po pierwszym kwadransie udało się pokonać Costa Pereirę. Po samotnym rajdzie przez połowę boiska strzelił on do bramki, aby po chwili znów zawstydzić portugalskiego golkipera po kapitalnym trafieniu, jeszcze po koźle, z blisko 25 metrów. W dwie minuty później po strzale z wolnego Eusebio trafił w słupek, a piłkę przytomnie dobił Aguas. Dla Benfiki na 2:2 wyrównał Cavem. Na przerwę jednak to Hiszpanie schodzili w lepszych humorach po hat-tricku Puskasa. Ale to siła, młodość i błysk geniuszu Eusebio sprawiły, że ostatecznie z finału cieszyli się piłkarze Guttmanna. Gole Mario Coluny następnie dwa kolejne trafienia szczupłego, wysokiego nastolatka z Mozambiku i Real mógł tylko posprzątać po bałaganie. To był wieczór Eusebio.

Poprzedni finał – z Barceloną, tego wybitnego młodzieńca ominął, ale zawiązał niejako nić historii. Oto z powodu spóźnionej decyzji UEFA Eusebio pojechał na mecz o Puchar Portugalii z Vitoria Setubal. 50 lat później z archiwum X dotarło do informacji jakoby bramkarz Vitorii, który zdołał obronić rzut karny Eusebio nazywał się Jose Felix Manuel Mourinho. W roku 1961 zapewne ów golkiper o potomstwie mógł już rozmyślać. Z zawodu był piekarzem, który próbował swoich sił jako piłkarz, a potem także i trener. Wkrótce w jego ślady postanowił iść syn, który urodził mu się blisko rok później. Jednakże nie odznaczał się zbyt wielkimi umiejętnościami czysto piłkarskimi i szybko zakończył karierę, co nie przeszkodziło mu zostać sławniejszym nawet Portugalczykiem niż jego ojciec, czy Eusebio. Dziś sam ma pół wieku życia za sobą i wciąż podoba się kobietom, które porównują go do Georga Clooneya. Ale nie to jest w nim wyjątkowe. Przypomniałem sobie tę ciekawostkę, kiedy stał się najsłynniejszym trenerem na świecie.

Autor: Matt Saarmoon