Powolutku do skutku

W to niedziele południe Duma Katalonii podtrzymuje swoją świetną, zwycięską passę, tym razem wywożąc wygraną z Ciutat de Valencia. Po dość zwyczajnym, całkiem lekkim meczu, wygrała 2:0.

To zdecydowanie nie był dzień Barcelony, na całe szczęście, nie należał też do Levante. Goście wprawdzie rozpoczęli to spotkanie w swoim stylu i przez większość czasu ten styl podtrzymywali, ale bynajmniej nie obejrzeliśmy emocjonującego, fascynującego spotkania. By doczekać się swoistego, w stu procentach słusznego gola, musieliśmy czekać, tak naprawdę, do 91. minuty, kiedy do bramki trafił Luis Suarez. Wcześniej mieliśmy natomiast dwa spalone Leo Messiego, jeden słusznie zauważony (54. min) , a drugi katastrofalnie pomylony (2. min), a także gol samobójczy Davida Navarro (choć po zgranej akcji Suareza i Jordiego Alby).

Pomiędzy zaś nie działo się niestety zbyt wiele. Warto zaznaczyć, że gospodarze mieli moment przebudzenia, mniej więcej po upływie trzydziestu minut gry. To i tak dość zaskakujące, jak na drużynę zamykającą tabelę Primera División, z całym szacunkiem do niej. Wtedy bliscy strzlenia bramki byli Verza i Morales, ale pierwszy z nich wykonał rzut wolny minimalnie nad bramką, a drugi obił poprzeczkę. Na tym jednak koniec większego wkładu Levante w ten mecz – po tym przebłysku na murawie sytuacja się uspokoiła, może nawet za bardzo, bo kibice mogli zacząć przysypiać.

W bardzo podobny sposób przebiegała także druga partia meczu. Tak, jak pierwsza połowa, rozpoczęła się od wspomnianego trafienia Messiego, była raczej kontrolowana przez Barcelonę, ale nic ponadto z tej przewagi nie wynikało. Jedyne, co wówczas przykłuło moją uwagę to fakt, że piłkarze Luisa Enrique grali czujnie do samego końca, nie pozwalajac sobie na rozluźnienie w ostatnich minutach meczu. Zdarzało im się, że musieli płacić wysoką cenę za to, że zbyt wcześnie “kończyli” spotkanie, teraz jednak dało się zauważyć, że starali się dopilnować, by Levante nie miało zbyt często styczności z piłką, w szczególności w ostatnich minutach meczu. I faktycznie, nie miało – suma sumarum, utrzymywali się przy niej tylko 30% czasu gry.

Trafienie Luisa Suareza, niemalże tuż przed gwizdkiem arbitra, zasługuje na parę słów w odrębnym akapicie, bo było sporym zaskoczeniem dla chyba wszystkich, którzy oglądali to spotkanie. Wynikało to poniekąd ze wspomnianej wyżej przewagi Blaugrany nad gospodarzami, ale wszystko, co widzieliśmy na murawie wskazywało na to, że nic nadzwyczajnego w tym meczu się już nie wydarzy. Granotas dali się oszukać, bo rzeczywiście byli wtedy uśpieni, ale również wykończenie tego gola było naprawdę fantastyczne, o czym też już mówiłam.

Barca zdobyła bardzo cenne trzy punkty w specyficzny sposób – ciężko powiedzieć, że się napracowała, ale z drugiej strony, przecież zwyciężyła to spotkanie, a biorąc pod uwagę fakt, że Levante wybitnie nie radzi sobie w tym sezonie, był to wręcz obowiązek. Patrzyłabym jednak na ten mecz i wygrane trzy oczka z innej strony – teraz i w najbliższym czasie najpewniej wszystkie mecze, a w tym wszystkie zwycięstwa, jakie odniesie Azulgrana, będą bardzo cenne, bo jej sytuacja w tabeli jest niezwykle komfortowa, trzeba wobec tego o nią dbać. Koniec końców, nie powinniśmy narzekać – mamy bowiem dużo powodów do radości.

Levante UD:

Mariño – Toño, Feddal, Navarro (69′ Camarasa), López – Lerma, Mate, Verza (77′ Cuero) – Morales, Rossi, Deyverson (69′ Ghilas)

FC Barcelona:

Bravo – Alves (74′ Vidal), Pique, Mascherano, Alba – Rakitić (68′ Busquets), Roberto, Iniesta – Messi, Suarez, Neymar