Powrót na boiska Europy z przytupem

Zapowiadany już od dawna hit 1/8 finału Ligi Mistrzów już w połowie za nami. Tego wieczora, na Wyspach Brytyjskich, Barcelona zmierzyła się z “błękitną połową” Manchesteru, wygrywając tam dość skromnie, lecz z charakterem 1:2.

Spotkanie zapowiadało się na ciekawe i wymagające, jednak, jak się okazało, na początku było to trochę za dużo powiedziane. O ile drugą połowę gospodarze zaczęli dość intensywnie, tak niemal cała pierwsza partia meczu przebiegała raczej spokojnie i, co ważniejsze, była kontrolowana przez Blaugranę.

Nie można mówić tu o całkowitej dominacji, jednak dysproporcje były widoczne. Świadczą o tym chociażby dwa przepiękne gole Luisa Suareza, które, prawdę powiedziawszy, wydawały się kwestią czasu. Jego trafienia bowiem odpowiednio obrazują to, co wówczas oglądaliśmy: wspomnianą już wyraźną przewagę, lecz nie jakiś pogrom. The Citizens próbowali utrudnić życie gościom, odpierać ich ataki, ale sprawiali wrażenie, jakby nie mieli do końca pomysłu, jak można by to skutecznie zrobić, a tym bardziej, jak “ugryźć” Barcę. Grali więc nienajgorzej, lecz to było za mało, by powstrzymać Urugwajczyka.

Druga partia spotkania z kolei okazała się nieco bardziej zacięta, co zmusiło wreszcie Ter Stegena do częstszej pracy. Rywalizacja nareszcie stała się zauważalna, a mecz bardziej wyrównany – do tego stopnia, iż Manchester zdołał zdobyć jedną bramkę kontaktową. Barca natomiast zaczęła grać, jakby wciąż wszystko miała pod kontrolą i niczego nie musiała – przewaga przestała być tak bardzo wygodna, oni jednak stawiali jedynie na straszenie Joe Harta od czasu do czasu. Nie ukrywam, że kilka akcji Leo Messiego czy, znów, Luisa Suareza wyglądało naprawdę fajnie i miało szansę na sukces, lecz koniec końców wynik spotkania został zamknięty w 69. minucie. Emocje jednak trwały znacznie dłużej.

Na wyczekiwanego trzeciego gola, o którego Katalończycy raz po raz ocierali się w drugiej połowie, mieli idealną sytuację na sekundy przed końcem meczu, kiedy w polu bramkowym Manchesteru sfaulowany został Pchła. “Cudownie!” pomyślałam. Nie zapominajmy jednak, iż Messi jest mistrzem i geniuszem w wielu aspektach futbolu, ale na pewno nie są to rzuty karne. Argentyńczyk nie wykorzystał swojej jedenastki ani nie zdołał jej “dobić”. To pozostawia bardzo duży niedosyt pomimo wygranej na City of Manchester Stadium, szczególnie, że ostatnie minuty meczu gospodarze kończyli w dziesiątkę – tego Barca także nie wykorzystała poza drobnym szczegółem: po zejściu Clichy’ego znów zaczęła grać nieco intensywniej, niż przez większość drugiej partii meczu.

Przed Azulgraną więc niewiele prostsze zadanie w meczu rewanżowym. Bądź co bądź, będzie ono rozgrywane na Camp Nou – już tego wieczora bardzo dobrze słychać było katalońskich kibiców. To już stanowi spore wsparcie dla podopiecznych Luisa Enrique, jednak ta przewaga nie jest aż tak wygodna, jak byśmy tego zapewne chcieli. By zapewnić sobie awans, Barcelona będzie musiała zagrać co najmniej tak, jak dzisiaj, albo nawet i lepiej. Nie mniej jednak zwycięstwo jest zwycięstwem, a więc, póki co, żale na bok. Visca el Barca!

 

Manchester City:

Hart – Clichy. Demichelis, Kompany, Zabaleta – Silva (78′ Sagna), Milner, Fernando, Nasri (62′ Fernandinho) – Aguero, Dzeko (68′ Bony)

 

FC Barcelona:

Ter Stegen – Alves (75′ Adriano), Pique, Mascherano, Alba – Rakitic (71′ Mathieu) , Busquets, Iniesta, Messi, Suarez, Neymar (80′ Pedro)