Przegrana na własne życzenie

Po pierwszym spotkaniu na Camp Nou, gdzie padł wynik 3:2 dla gospodarzy, Barcelona przystąpiła do meczu w Madrycie, jakby właściwie miała tylko odebrać ten puchar i spadać do domu. Pierwsza połowa rewanżowej konfrontacji na Santiago Bernabeu była jedną z najgorszych w wykonaniu Barcelony od kiedy pamiętam. Linia ataku i pomocy praktycznie nie funkcjonowała, za to szeregi defensywne bardziej grały na rzecz gospodarzy, niż klubu, którego herb mieli na koszulce. Królewscy to wykorzystali, bo nie od dziś wiadomo, że z motywacją Katalończyków bywa bardzo różnie.

Nie mam ochoty odnosić się do gry trzech defensorów Barcelony, ale… no, muszę! Każdy widział kto i jakie popełnił błędy, więc to też sobie odpuszczę. Z ujęcia holistycznego linia defensywna Barcy była myślami w różnych zakątkach świata. Nie wiem, czy chłopaki może nie założyli się przed meczem o to, kto będzie najgorszym obrońcą na Santiago Bernabeu. Spieprzył najpierw jeden, potem drugi, ale zakład wygrał ten trzeci, bo jako jedyny zarobił czerwoną kartkę. Jedynie Alba trzymał poziom, ale to tylko znaczy, że był tchórzem i nie podjął rzuconej przez kolegów rękawicy. Widać, że świeżak.

Przyczyny porażki? Głupie, indywidualne błędy i pasywność w grze całego zespołu. Rozpoczęło się od Valdesa na Camp Nou, a zakończyło między innymi na wspomnianym trio – Mascherano, Pique i Adriano. Do tego doszła kiepska gra drużyny, którzy biegali i podawali do siebie piłki, jakby wcześniej nie jedli śniadania.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na jeden poważny aspekt. Chodzi o to, że Katalończycy mają to do siebie, że są skorzy do lekceważenia rywali. Niejednokrotnie było tak, chociażby w poprzednim sezonie, iż Barca podchodziła do pojedynku z największym cieniasem ligi i w rezultacie męczyła się z nim niemiłosiernie. Przy odrobinie szczęścia udawało się takie mecze wygrywać, choć częściej padały remisy lub Blaugrana przegrywała – szczególnie na wyjazdach. Chodziło o motywację. Piłkarzom Barcy wydawało się, że są tak świetni i błyskotliwi, że poradzą sobie z każdym rywalem. Rywalem, który na dodatek jest przestraszony i będzie grał jedynie z marnych kontrataków. Podobnie było i tym razem. Barca, mając przewagę z pierwszego spotkania i przeświadczenie, że są piłkarzami najwyższej klasy, podeszła do konfrontacji z Realem na luzie. Jakoś to będzie, jakoś damy radę, jakoś to Messi z Iniestą strzelą – będzie okej!

Z drugiej strony Real Madryt, kiedy musi gonić wynik, staje się o niebo lepszym zespołem. Piłkarze szybciej biegają, jest większa wola walki, podania są niekonwencjonalne, a akcje dynamiczne. Dokładnie takimi cechami charakteryzowała się Barcelona w sezonie 2008/2009, bo wtedy też musiała gonić. A właściwie to zatrzeć zły ślad po ubiegłym wówczas nieudanym sezonie.

Po porażce Madrytu z Getafe, śmiano się z tych pierwszych. Już nawet chciałem powiedzieć koledze w naszej prywatnej rozmowie, że trochę współczuję kibicom Realu. Slogan “W Madrycie -5″ powtarzany był na większości forach i portalach typu kwejk.pl. Właśnie na tym serwisie po czwartkowym rewanżu znalazłem masę, ale to MASĘ obrazków przedstawiających piłkarzy Barcy w negatywnym świetle. Pożywka dla gimbusów jest? Jest! Udostępnienia są? Są! Zasada jest prosta – jedziemy po tych, którzy ostatnio przegrali. Sposób jest nieważny, bo na w/w serwisie można było spotkać obrazek, gdzie piłkarz Bilbao (Llorente/Amorebieta?) kopie Messiego po twarzy, a pod spodem był napis “Mom, please”. Admini kwejka musieli mieć naprawdę niezły ubaw ze środowej porażki Barcy.

Nie zmienia to faktu, że atmosfera na boisku była naprawdę miła. Nie wiem, czy to nie jest po prostu efekt tego, że stroną przegraną w tym meczu była Barcelona, która z reguły po porażce zachowuje się godnie. Od niesławnych zraszaczy na murawie nie potrafię sobie przypomnieć nic, co mogłoby naruszyć dobre imię Katalończyków. A Real Madryt znany jest nie od dziś ze swojego wiecznego niepogodzenia się z klęską, czego dowodem była chociażby reakcja Contreao w trakcie pojedynku Realu z Getafe. Przepraszam tutaj za moją nieuprzejmość, bo co by nie było Real Madryt zachowuje się o niebo lepiej, niż 2-3 lata temu.

I jeszcze jedna krótka dygresja prosto z Facebooka. Tak wyglądała moja “dyskusja” z “kibicem” Realu. Uprzedzam Was, że można się naprawdę nieźle uśmiać, a to jedynie fragment całej konwersacji!

Na koniec dodam, że ten sam człowiek, jak i wielu innych moich znajomych, twierdzili dokładnie rok temu, że Superpuchar Hiszpanii to nic nie warte trofeum. Właśnie widać.