Przynajmniej będą emocje

1358376061942

O tym, że mecze z Malagą wcale nie będą łatwe, przestrzegaliśmy już przed meczem ligowym. Pierwsze starcie w ćwierćfinale Copa del Rey tylko to potwierdziło, choć niekorzystny rezultat na Camp Nou „Barca” osiągnęła tak naprawdę tylko na własne życzenie. Cóż, trzeba będzie po prostu znów spiąć się na La Rosaleda.

Zgodnie z przewidywaniami oba zespoły przystąpiły do tego meczu bez kilku podstawowych zawodników. W ekipie „Blaugrany” nie mogło jednak zabraknąć Leo Messiego, przed meczem prezentującego widzom na Camp Nou komplet Złotych Piłek. W pierwszej jedenastce nie pojawił się natomiast Xavi, którego zastąpił Thiago Alcantara, bardzo dobrze prezentujący się chociażby w pojedynku z Cordobą. O meczu z Malagą szybko będzie chciał jednak zapomnieć. Zaczął co prawda całkiem dobrze, ale później sprawił, że kibice na Camp Nou po raz drugi w tym meczu złapali się za głowy, przeżegnali i prawie zaczęli płakać. Iturra łapać się za głowę nie zamierzał. Wolał pokonać Pinto i dać swojemu zespołowi prowadzenie.

Kibice „Azulgrany” dość często doznawali w tym meczu szoku. Chociaż, czy powinien dziwić błysk geniuszu u najlepszego piłkarza globu? Messi postanowił po raz kolejny udowodnić, że kolejnej nagrody od France Football i FIFA wcale nie dostał bezpodstawnie. Przebiegł z piłką przez pół boiska, zrobił idiotę z Weligtona i nie dał najmniejszych szans Kameniemu. Przypuszczamy, że defensor Malagi był jeszcze w lekkim szoku po tym, co zrobił Argentyńczyk, gdy z tego stanu zdecydowanie wytrącił go Carles Puyol. Szybko, bo już dwie minuty po trafieniu Messiego, kapitan „Azulgrany” postanowił nie czekać na Weligtona, uderzyć głową i obserwować golkipera rywali, który rozpaczliwie próbował interweniować, będąc zupełnie bez szans.

Barcelona do przerwy prowadziła więc 2:1, ale wcale nie był to wynik zadowalający. Czemu? Do przerwy „Duma Katalonii” powinna zdobyć cztery bramki, lecz do siatki (jak zwykle) nie umiał trafić mój tegoroczny „ulubieniec”, Alexis Sanchez. Właśnie po jego uderzeniu fani gospodarzy złapali się za głowy po raz pierwszy. Możecie uznać, że się czepiam, całkiem słusznie zresztą. Ale ten facet robi z siebie po prostu błazna i czepiał się będę tak długo, aż w końcu zacznie trafiać chociaż na pustą bramkę również w innych przypadkach niż te, gdy trafi go piłka. W środowym pojedynku miał dwie IDEALNE szanse na zdobycie gola. Wystarczyło tylko skierować piłkę w światło bramki, a golkiper rywali prawdopodobnie musiałby wyciągać piłkę z siatki. A tak? Po raz kolejny pozostaje tyko usiąść i mieć nadzieję, że następnym razem to Chilijczyk nie będzie miał okazji do wstawania. Z trybun.

Jeżeli narzekamy na pierwszą połowę, to na drugą część gry lepiej spuścić chyba po prostu zasłonę milczenia. Wydawało się, że jednobramkowe prowadzenie zupełnie wystarcza Barcelonie i zamiast wyprowadzić kolejny skuteczny cios, podopieczni Tito Vilanovy chcieli chyba po prostu jak najszybciej pojawić się z powrotem w swoich domach. Nie pomogło nawet to, że przez ostatni kwadrans goście grali w osłabieniu, bo „Barca” nadal miała zamiar tylko czekać na koniec meczu. Gra na pół, a nawet 1/3 gwizdka zemściła się w końcówce. Dośrodkowaniu z rzutu wolnego, błąd w kryciu i mecz zakończył się remisem…

Już dziś „Duma Katalonii” mogłaby być prawie pewna awansu do półfinału. A tak? Przynajmniej nie możemy narzekać na to, że mecz znów był jednostronny. No i za tydzień czeka nas sporo emocji.