“Realowce” się odkrywają

Jeśli ktoś z Was prześledził moje ostatnie dwa artykuły, ma prawo być na mnie zdenerwowany. Wiem, pewnie tak naprawdę moimi stałymi czytelnikami jestem ja sam, moja Mama oraz Googlebot, ale staram się tym zbytnio nie przejmować. Dlaczego zdenerwowany? Bo (przez przypadek!) zapeszyłem dwie porażki Blaugrany, pisząc co by było, gdyby jednak Barcelonie się ostatnimi czasy wiodło. Obiecuję – już nie będę.

Chciałbym bardziej opowiedzieć o swoich obserwacjach z dnia codziennego. Kiedy umówiłem się z Madalem na rewanżowy mecz Milanu z Barcą do Multikina w Łodzi, to widać było sporą grupę kibiców Barcy, gdyż byli oni pięknie oznakowani – szalikami, koszulkami, czapkami, tshirtami itp. Nie stanowili jednak, według mnie, większości na sali kinowej. Tych fanów Milanu, którzy na pierwszy rzut oka chcieli siebie tak określać, było jak na lekarstwo. Najwięcej zasiadało “nieoznakowanych”, czyli pewnie postronnych widzów, chcących obejrzeć emocjonujące spotkanie. W jak ciężkim szoku byłem, gdy po bramce Antonio Nocerino 3/4 sali zaczęło wiwatować z radości. No tak – to byli właśnie kibice Mediolanu.

To jest akurat całkiem świeże wspomnienie. Od czterech lat udaję się na przeróżne spotkania/zloty redakcyjne podczas meczów Barcy z Madrytem. Pierwsze co się rzuca na oczy w pubach, czy w innych tego typu miejsach, jest bordowo-granatowa masa ludzi czekających na pierwszy gwizdek. Biały tshirt miało może z kilka osób wraz z Kelnerkami. Choć gdy Barca traciła bramkę, pub szalał z radości. Zwykle patrzyłem się po kolegach i czytaliśmy sobie w myślach: “Skąd tu się wzięli fani Realu? Przecież wokół nas nie ma nikogo Białego!”

Oczywiście – nikt nie musi być fanem Królewskich, żeby nie lubić Barcelony. My, jako cules, akurat doskonale to rozumiemy. Teraz fani Dumy Katalonii paradoksalnie są w mniejszości, mimo iż jest ich najwięcej spośród wszystkich kibiców klubów piłkarskich na świecie. Większość stanowią ci, którzy są “supporterami” drużyny “Anty-Barcelona”. Kibicują zatem tym, którzy są aktualnymi rywalami Azulgrana.

Zmierzam do tego, że po porażce Barcy w Gran Derbi, nagle na ulicy zdążyłem zauważyć trzech mężczyzn, noszących strój Realu Madryt. Na uczelni – dwóch. Będę jeszcze zmierzał tramwajem do miasta, to tam pewnie też ich spotkam. Jest to przede wszystkim forma celebrowania upragnionego zwycięstwa (jak to napisano na kwejku: “Raz na cztery lata to nawet moi starzy się kochają”), ale również efekt pewnego braku wstydu wychodzenia w koszulce zespołu, który w końcu nie jest przegranym. Jaki procent z tych, co dzisiaj widziałem na ulicy i uczelni, są sezonowcami? Nie wiem. Mogę się domyślać tylko, że dzisiaj w Multikinie spotkam dużo więcej fanów Chelsea Londyn, niż to miało miejsce ostatnio. To oni wygrywają, więc im po prostu nie wstyd. Szczególnie sezonowcom.

Tutaj dochodzimy do konkluzji – czasem chyba dobrze jest odnieść porażkę, aby sezonowi kibice mogli sobie dać upust i mogli ponosić koszulkę w barwach niebieskich bądź białych. Teraz wchodząc w grono fanów oglądających Barcelonę, będę czuł większe wyróżnienie, gdyż nas będzie nieco mniej, niż to bywało chociażby za czasów trypletu. Ponoć po klęsce z Realem, około 400 tysięcy facebookowiczów usunęło oficjalny profil FC Barcelony z grona swoich “ulubionych”. A to frajda!

Źródło zdjęcia: kwejk.pl

Widzisz pogrubione słowo i nie wiesz o co chodzi? Dowiedz się o naszym konkursie!