Rezerwy remisują z Benfiką, świat drżał o Messiego

O meczu z Benfiką Lizbona każdy kibic Barcelony chciałby chyba jak najszybciej zapomnieć. Nie dość, że wystawieni przez Tito Vilanovę piłkarze na tle mistrza Portugalii wypadli dość blado, to Messi, który w drugiej połowie pojedynku wspomagał „rezerwowych”, w końcówce meczu doznał kontuzji. Koniec świata chyba naprawdę jest już blisko…

Zacznijmy jednak od początku. Szkoleniowiec „Dumy Katalonii” powołał na ten mecz sześciu zawodników, którzy grają na co dzień w rezerwach i jeszcze kilku, którzy na co dzień nie grają nigdzie, bo siedzą na ławce lub na trybunach. Gdyby pół godziny przed ważnym meczem o punkty Vilanova podał taką wyjściową jedenastkę, jak w środowy wieczór, każdy normalny kibic Barcelony dostałby palpitacji serca. Planas na lewej obronie? Rafinha, Thiago, Sergi Roberto i Tello razem w podstawowym składzie? Rafał Ulatowski na TVP? To wszystko sprawiło, że osobiście jeszcze przed rozpoczęciem meczu miałem go już trochę dość.

O dziwo, zaczęło się całkiem nieźle. To „Barca” mogła mieć dwie dobre okazje na zdobycie gola, gdyby nie David Villa. W tym meczu powinien mieć kilka niezłych szans, gdyby nie jedna mała, ale bardzo istotna przypadłość. Spodobał mu się sposób machania chorągiewkami sędziów liniowych i dawał im ku temu okazję przez cały mecz. Nieważne, gdzie stali obrońcy Benfiki. Villa zawsze był przed nimi.

W międzyczasie w Glasgow to Celtic wyszedł na prowadzenie, więc Portugalczykom do awansu do fazy pucharowej Champions League potrzebne były trzy punkty. Już po pierwszej części gry mogli prowadzić trzema bramkami, ale głupieli pod bramką Pinto. Ich akcje były naprawdę składne, lecz wszystko, co dobre, kończyło się w szesnastce „Blaugrany”. Wtedy drugi bramkarz Barcelony zasłaniał całe pole karne, przynajmniej według gości. Fenomen. Nie ma się więc co dziwić, że Rodrigo nie zauważył kolegów, a Lima i John pozwolili wykazać się dublerowi Valdesa.

Mimo to po pierwszych 45 minutach obie drużyny były w niezłych humorach. Barcelona cała i zdrowa, a Benfica z awansem, który zapewniał im podobny rezultat na Celtic Park. Wszystko zmieniło się w drugiej części gry. Vilanova stwierdził, że Messi jednak spróbuje pobić wszędzie wspominany rekord Muellera i wpuścił go na boisko. Jak się okazało, to był błąd. Argentyńczyk bramki nie strzelił, w sytuacji sam na sam z Arturem został zahaczony przez rywala i opuścił boisko na noszach.

Zapłakała Barcelona, zapłakała Lizbona, zapłakał prawie cały Półwysep Iberyjski. Powód płaczu w Katalonii już znamy. Portugalczycy zapłakali dlatego, że Celtic znów prowadził ze Spartakiem. Lekki uśmiech pojawił się natomiast w Madrycie. Lokalni meteorolodzy przewidują, że w stolicy Hiszpanii może pojawić się wyż, powodujący lokalne ocieplenie. Mają jednak pecha. Pogoda lubi się zmieniać i ciemne chmury chyba odchodzą znad Barcelony. Według najnowszych prognoz z kolanem Messiego nie jest tak źle.

Końcówka meczu udowadnia, że presja i stres mogą zrobić człowiekowi wodę z mózgu. Tak było na pewno w przypadku Cardozo i Maxiego Pereiry, którzy w samej końcówce mogli przechylić szalę zwycięstwa na stronę gości.

A może nie było tak? Może to wina czarnego kota, który przed meczem pojawił się na Camp Nou? Goście tracą głowę w najprostszych sytuacjach, Messi doznaje kontuzji. Jose Mourinho znalazłby pewnie jeszcze dłuższy ciąg przyczynowo -skutkowy. Nam się nie chce, szkoda czasu. Lepiej skupić się już na kolejnych meczach, a z Ligą Mistrzów wrócimy już w przyszłym roku.