Sensacje, emocje, a przede wszystkim – ćwierćfinał!

Właśnie dla takich meczy warto rzucić wszystko, cokolwiek mielibyśmy do zrobienia! Za nami wyjątkowo emocjonujący, całkiem wyrównany rewanż 1/8 Champions League, bez dwóch zdań jeden z najlepszych meczy na europejskich boiskach w tym sezonie. Jeden z najlepszych, a co więcej, będący triumfem Dumy Katalonii: tej środy, w Barcelonie, 1:0, a ogółem – 3:1.

To spotkanie to, w pewnym sensie, mecz pełen sprzeczności. Przede wszystkim wynik – wygrana Blaugrany, biorąc pod uwagę jedynie starcie na Camp Nou, jest przecież skromniutka. Jej gra jednak wyrażała zupełnie co innego. Zadziwiające było, jak dużą rolę tego wieczora odegrało szczęście, co ciekawe, zarówno po stronie Blaugrany, jak i gości. Gdyby przynajmniej same najdokładniejsze, najbardziej dopracowane strzały gospodarzy zakończone były bramką (bo takich prawdopodobnie było kilka spośród wszystkich celnych strzałów), Manchester wróciłby do domu o wiele bardziej “zbity”, niż to było w rzeczywistości. Z drugiej jednak strony, gdyby ci z kolei oddawali bardziej fortunne strzały, mecz nie skończyłby się tak szybko. To jednak tylko gdybanie.

Istnieje pewien fakt, który łączy się z powyższym “co by było, gdyby szczęście…” – w tej całej euforii i radości pozostaje pewien niedosyt. Słupki bramki Joe Harta były obijane parę ładnych razy, a jeśli piłka nie odbiła się od poprzeczki, to prawdopodobnie musnęła ją z którejś strony. Mogło paść kilka naprawdę pięknych goli, niestety na przeszkodzie stanęła wymieniona wyżej fortuna oraz jeden z, moim zdaniem, największych bohaterów tego spotkania.

To, co obejrzeliśmy dzisiaj w wykonaniu obu golkiperów, to bez dwóch zdań coś niesamowitego i nie waham się tego określać tak dobitnie. Nie mogę pojąć, w jaki sposób Joe Hart był w stanie odpierać tak wykombinowane, niestworzone ataki Barcy, a tym często towarzyszył niemały chaos. On jednak wpuścił tylko jedną bramkę – i nie była to bramka żadnego z piłkarzy naszego Tridente. Ci trzej bowiem nie znaleźli tego wieczora żadnego sposobu na angielskiego bramkarza – jedynym strzelcem był Ivan Rakitić, któremu kapitalnie podał Leo Messi. W ramach ciekawostki dodam, iż jego gol także zaliczyłabym do “highlights” tego meczu. Wyglądał wyjątkowo uroczo i wymagał perfekcyjnego zrozumienia między Chorwatem i Pchłą, dlatego, prawdę mówiąc, nie dziwię się, że okazał się jedynym sposobem na zaskoczenie Harta.

Wcześniej jednak powiedziałam “golkiperów” – i było to zamierzone, ponieważ Marc Andre Ter Stegen nie pozostał dłużny w swoich poczynaniach tego wieczora. Podobnie, jak jego kolega z przeciwległej bramki, okazał się dla Manchesteru murem nie do przebycia, nawet do tego stopnia, że niestraszny był mu Sergio Aguero, szykujący się do oddania rzutu karnego w 77. minucie. To kolejny ozdobnik rewanżu w Katalonii, warty zobaczenia kilka razy.

Tym samym mogę powoli przejść do streszczenia tego, co działo się na boisku w ogóle. Mecz zaczął się intensywnie, a wraz z upływem kolejnych minut Barcelona podkręcała tempo. Goście natomiast nie wydawali się silni na tyle, by pokazać rywalom, że ich to nie wzrusza – przez długi czas nie potrafili odnaleźć swojego miejsca. Często w takich sytuacjach mówię, iż gole wydawały się kwestią czasu. Tym razem ciężko byłoby mi to stwierdzić – choć (niezadowolona ze swojej, jakby nie patrzeć, wizualnej i statystycznej przewagi) Barca dwoiła się i troiła, by właśnie tak się zaprezentować, na drodze stawały jej albo poprzeczki, albo Joe Hart, albo brak zgrania. Tridente (głównie, choć nie tylko oni) nieraz przekombinowało świetne sytuacje, czasem za bardzo się pośpieszało, a czasem przeciwnie – zwlekało bez potrzeby. Trafiały się też spalone. Ale może to i dobrze – dzięki temu mecz nie skończył się po trzydziestu czy czterdziestu minutach.

Warto też wspomnieć, iż momenty desperacji po stronie The Citizens przejawiały się też w inny sposób. Posypały się kartki, a czasem były karą za czystą złośliwość, a to bardzo niedobrze.Wpuszczanie emocji przed zdrowy rozsądek mogło skończyć się dla nich co najmniej źle – o ile Leo Messi czy Jordi Alba nie znaleźli sposobu na Joe Harta, tak granie w dziesiątkę, prędzej czy później, przeważyło by tę szalę i szczęście, które powstrzymało goledadę na Camp Nou, mogłoby się nie zdać na wiele.

Wydawało mi się, iż piłkarze Manuela Pellegriniego otrząsnęli się nieco z tego przytłaczającego strachu około połowy drugiej partii. Nie zaowocowało to jednak niczym konkretnym, co zabolałoby Blaugranę, a wręcz przeciwnie – mogło skończyć się katastrofą dla gości. Następnym zachowaniem Barcy, które powtórzyło się parę razy i które zapadło mi w pamięci, były kontry prowadzące do starcia jeden na jeden pod bramką Joe Harta, a zaczynające się dokładnie po przeciwnej stronie boiska. Co prawda, tam najczęściej te kontry się kończyły, jednak muszę to powiedzieć: były co najmniej imponujące.

Nie wiem, czego konkretnego zabrakło Manchesterowi, by walczyć o przedłużenie tej rywalizacji. Wynik, że tak to ujmę, jak najbardziej nadawał się do “odwrócenia do góry nogami”. Wspomniałam jednak, iż City sprawiało wrażenie przybitych agresją Barcelony, jakby obawiali się jej ewentualnej odpowiedzi po własnym ataku. Przełamali to w drugiej połowie spotkania, lecz nie miało to wpływu na wynik.

Przed nami drugie, ogromnie ważne spotkanie. Myślę, iż pomimo niezbyt pokaźnej skuteczności Katalończycy są w stanie podbić nasze serca w niedzielę. Pokazali, że potrafią znaleźć tysiące sposobów na ogranie rywala. Jak sądzę, jeśli będzie trzeba, zrobią to bezlitośnie, a przy okazji efektywnie. Luis Enrique znalazł ciężką, lecz najwyraźniej dobrą drogę. Krótko mówiąc, w rezultacie w kieszeni mamy ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Visca el Barca!

 

FC Barcelona:

Ter Stegen – Alba, Mathieu, Pique, Alves (90′+1 Adriano)– Iniesta, Mascherano, Rakitic (84′ Rafinha) – Neymar, Suarez, Messi

 

Manchester City:

Hart – Sagna, Kompany, Demichelis, Kolarov – Nasri (46′ Navas), Fernandinho, Toure (72′ Bony), Milner (87′ Lampard) – Silva – Aguero