Skąd takie zbydlęcenie w Realu Madryt?

Zakładam, że wielu z Was czytając tytuł pomyślało sobie: “O Boże, jakiś pseudoredaktorek po raz kolejny będzie wylewał swoje żale na tym tanim jak barszcz blogu, tfu!”. Z jednym mógłbym się na sto procent zgodzić, bo rzeczywiście utrzymanie bloga nas za drogo nie kosztuje, jednak żeby była jasność – nie chcę w żaden sposób usprawiedliwiać piłkarzy Barcelony. Po prostu fascynuje mnie, ale też i przeraża, fenomen niektórych zawodników Realu Madryt, u których dominuje zwierzęcy instynkt i brak jakichkolwiek manier, o zachowywaniu zimnej krwi na boisku nie wspominając. Po prostu tego nie ro-zu-miem.

Oczywiście Barcelona nie jest święta w pewnej kategorii. Alexis Sanchez wraz z Pedro czy (wciąż niestety) Busquetsem potrafią symulować jak mało kto. Jest to sytuacja iście denerwująca. Każde nieczyste zagranie Katalończyków to kolejny argument dla fanatycznych kibiców Realu, których przecież na świecie (a szczególnie w Internecie!) jest jak psów. Takie zachowania, mające zmylić sędziego, są naprawdę słabe i charakteryzują dowolnego delikwenta jako tchórza. Jednak jeśli miałbym wybierać między symulacją, a deptaniem/kopaniem/szarpaniem/odpychaniem innego rywala, wyłącznie z powodu niekorzystnego wyniku – nawet nie musiałbym się zastanawiać.

Nie wydaje mi się, żeby cały zespół z Madrytu przyjął taktykę, w której brak wyobraźni na murawie jest podstawą. Nie odnoszę wrażenia, ażeby Mou przekazał swoim podopiecznym, aby grali tak, jak piłkarze na LZSie, gdzie podczas pojedynków między FC Kątkami a AC Wirami nie panuje żadna etyka piłkarska. Przychylałbym się raczej do stwierdzenia, że “efekt domina” doprowadził do takiego stanu faktycznego, kiedy deptanie dłoni innego gracza jest czymś normalnym. Głównym inicjatorem jest oczywiście The Special One (dla cules: The Special Five, dla merengues: The Special Ten). To on wprowadził zasadę agresywnej postawy na murawie. To Mourinho ściągnął obrożę z pyska Ramosowi i Pepe, którzy (jak widać) czują się przy takiej “strategii” jak ryba w wodzie. Co gorsza – reszta zespołu sukcesywnie zaczyna tolerować i bronić zachowania, typowe dla kiboli, bandytów czy innych gałganów. Jeszcze rok temu Casillas nie wszedłby w tak zażartą sprzeczkę z arbitrem. Nie broniłby zaciekle swojego kolegi z zespołu aż do momentu ukarania żółtą kartką. Ba – już w pierwszej połowie! Tak samo nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby Xabi Alonso po brutalnym ataku w nogi “od tyłu” schylał się do piłkarza, krzycząc mu do ucha, żeby nie symulował. Teraz już niestety potrafię.

Jak nisko trzeba upaść, lub jak łatwo można dać się zmanipulować przez jednego człowieka, by dokonywać aktów przemocy na sportowej murawie? Przecież zanim jeszcze Mourinho przeszedł do Realu Madryt, połowa składu Blancos miała u mnie (nie wiem jak u Was) wielki szacunek, na czele z Ikerem Casillasem i Raulem. Proszę sobie wyobrazić, jak jeden człowiek mógł tak negatywnie wpłynąć na postrzeganie dobra i zła na boisku? Teraz herezja i czarny PR jest jak widać na czasie, bo jak inaczej można nazwać narzekanie na nieczystą grę rywali, kiedy samemu grało się wbrew regułom fair play co najmniej cztery razy częściej?

Oliwy do ognia dolewają władze LFP i RFEF, przymykające oko na sprawy, po których w Anglii delikwent dostałby co najmniej trzy mecze zawieszenia. I to bez odwoływania się drużyny przeciwnej! Wystarczy porównać zachowania Balotelliego czy Rooneya do zachowań Pepe i Ramosa (szczególnie z ostatniego meczu z Levante). Ci panowie w Premier League długo by nie pograli. Niestety “góra”, czyli władze w hiszpańskich federacjach piłki kopanej, doprowadzą w końcu do czyjeś tragedii. Piłkarze z Madrytu czują się bezkarnie i w końcu – tfu! – ktoś trafi na OIOM, albo zacznie myśleć o przedwczesnym odejściu na emeryturę sportową. Jak to zwykle bywa – dopiero po szkodzie sytuacja będzie miała szansę się poprawić.

Piłkarze Realu przesiąknęli czymś, co mógłbym nazwać “Mouriniozą”. Mam nadzieję, że po kilku latach spojrzą kiedyś w kalendarz i na samą myśl o sezonach 10/11 a szczególnie 11/12 poczują chociaż odrobinę wstydu. Bo nie można im odmówić świetnego przygotowania fizycznego i w ogóle doskonałej gry w Primera Division. Gdybym miał przymknąć oko na nieczyste zachowania Realu, mógłbym stwierdzić, że Królewscy są naprawdę niesamowici. W pewnym sensie już są – w końcu mają 10 punktów przewagi w lidze nad najlepszym zespołem na świecie.

Źródło zdjęcia: eleconomista.es