SMEL #5: “Jesteśmy lepsi, ale nam się nie chce”

Seria SMEL powraca do was, jak co tydzień. W piątej już części wpadniemy w zachwyt nad dobrą grą Barcelony, ale dodamy łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Pośmiejemy się też ze słów Cristiano Ronaldo (a może zapłaczemy z żalu?) oraz zejdziemy na dno, aby trochę się porozglądać. Serdecznie zapraszam!

Boją się ich wszyscy…

pic_2015-02-11_BARCELONA-VILLARREAL_54.v1423689915

Napięta jak mięśniak na plaży atmosfera trochę się rozluźniła. Mam na myśli sytuację w Barcelonie, a konkretnie to, co dzieje się poza kamerami telewizyjnymi (może nie tak całkiem poza). Drużyna i trener wydają się tymczasowo pogodzeni, zarząd skompletował dyrekcję sportową, a zawodnicy w końcu grają tak, jak nas do tego przyzwyczajali przez poprzednie lata. Wszystko wygląda ładnie pod tym parasolem zbudowanym z pozornie dobrych informacji, ale mam nadzieję, że nie tylko ja przejawiam niedowierzanie i ostrożność w tej całej sytuacji. Co z tego, że mamy zalepioną lukę po Zubim, jeśli nasz sztab nie będzie miał za dużo czasu do pracy. Po pierwsze, w letnich wyborach wygra Laporta, a skoro tak będzie, to możemy się spodziewać szybkiej dymisji tych panów. Przynajmniej ja mam taką nadzieję. Na przeszkodzie mogą tylko stanąć wysokie rekompensaty za zerwanie kontraktu, które już pewnie widnieją w umowie m.in. pana Braidy. Powiecie – „poczekajmy na efekty ich pracy”. To ja odpowiem – już je widzimy. W „neymargate”, transferze Douglasa i Vermaelena, grudniowo-styczniowym konflikcie w zespole… Nie ufam Bartomeu i jestem maksymalnie sceptyczny, jeśli chodzi o jakiekolwiek jego decyzje. Po drugie, jeśli mają planowo pracować do czerwca/lipca, to co oni są w stanie zrobić? Odwołać decyzję FIFA i nagle przeprowadzić transfery „last minute”? To równie prawdopodobne jak powrót do gry wcześniej wspomnianego Vermaelena w tym sezonie. Szkoda słów… niech szybciej się ociepla, ponieważ ja już mam dość tego chłodu – na zewnątrz i wewnątrz gabinetów.

Na szczęście jest promyk nadziei w tym szarym krajobrazie. Drużyna w końcu zaczęła prezentować piłkę, jakiej od niej oczekujemy. Nie wierzę w natychmiastową poprawę relacji Lucho – szatnia i nadal jestem zdania, że na obecnego trenera Barcelony przyjdzie niedługo czas, ale skoro nie musimy się lubić, to wykonujmy przynajmniej sumiennie swoją pracę. Obie strony to zrozumiały i dzięki temu bezproblemowo rozniesione zostały takie ekipy jak Atletico, Athletic czy Villarreal. Messi jest nie do zatrzymania – strzela, asystuje, rozgrywa i w końcu więcej biega. Wie, że to na nim głównie spoczywa gra drużyny, a mimo wszystko nie jedzie na osobnym wózku, więc musi dać z siebie 100% i z pewnością to robi. Formę strzelecką złapał Neymar, coraz bardziej zaczyna rozkręcać się Suarez, Pique z Mascherano prezentują lepszą dyspozycję – nic, tylko się cieszyć! Można mieć pewne zastrzeżenia, jeśli chodzi o stracone bramki, ale ostatnio Barcelona jest mistrzem szybkiej odpowiedzi. W spotkaniu z Atletico odpowiadała natychmiastowo po każdym trafieniu Rojiblancos. Taka sama sytuacja miała miejsce po golu Rico w spotkaniu z Bilbao oraz bramce Triguerosa z środowego starcia z Villarrealem. To może się podobać. Pamiętam moment, w którym byliśmy nieco rozczarowani po losowaniu par 1. fazy pucharowej Ligi Mistrzów, kiedy los połączył nas z Manchesterem City, ale teraz z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to Anglicy powinni się bać wicemistrza Hiszpanii. Wszak rok temu otrzymali już baty od Barcelony, więc teraz wydaje się, że tak rozpędzona Blaugrana tym bardziej jest w stanie roznieść w pył graczy Pellegriniego.

…ale ich już trochę mniej

article-0-07592F3D000005DC-919_468x392

W tych całych zachwytach należy jednak przystopować, ponieważ nie wszystko pracuje jeszcze tak, jak powinno. Mam tu na myśli linię środkową, która gra tragicznie. Chodzi mi bardziej o jej ofensywną część, bo Busquets i Masherano, kiedy akurat gra na swojej nominalnej pozycji, grają dobrze i w miarę równo. Gorzej jest, jeśli spojrzymy na tych „kreatywnych” zawodników. Najlepiej niech świadczy o tym statystyka asyst w lidze. Tercet ofensywny: Messi – 12, Suarez – 8, Neymar – 4. Z kolei linia pomocy prezentuje się tak: Rakitic – 5, Xavi – 4, Iniesta – 0. Możemy nawet dodać do tego Sergio (2), Rafihnę (0), Sergiego Roberto (0) oraz Masherano (0), a i tak linia pomocy nie osiąga choćby połowy tego, co stworzyła sobie sama południowoamerykańska trójka. Niektórzy powiedzą – „jak pomocnicy mogą asystować, skoro grę głównie biorą na siebie Messi i Neymar?”. Właśnie tu jest problem. Liderzy, kapitanowie zespołu – Xavi i Iniesta – są cieniami samych siebie. Paradoksalnie z tej pary lepiej wygląda ten, który zbierał się do odejścia z Barcelony, czyli Hernandez, który może nie wybiega w każdym meczu od pierwszych minut, ale zdarza mu się rozgrywać naprawdę solidne spotkania. Natomiast Andres jest totalnie zagubiony i nie zmienia tego bramka w Pucharze Króla, która w żadnym stopniu nie zamazała rzeczywistości. Całe szczęście, że jest Rakitic, o którym śmiało można powiedzieć, że jest kluczowym zawodnikiem w środku pola (choć można mieć do niego pewne uwagi), bo inaczej mogłoby być jeszcze gorzej niż jest.

Wydaje mi się, że to jest również efekt częstych roszad Luisa Enrique. Trójka w pomocy zmienia się praktycznie w każdym meczu, podczas gdy tercet atakujących cały czas gra ze sobą. Te szczegóły mogą być ważne, ponieważ zgranie to jest kluczowy element, jeśli chodzi o środkowych pomocników. Iniesta długo leczył kontuzję, Xavi rzadko gra od pierwszych minut, a Rafinha już w ogóle gra bardzo mało. Coś musi się zmienić w tej materii, bo obecnie rywale nie muszą się martwić o piłki z głębi pola, a przecież nie chcemy znów stać się więźniami systemu, który ciążył na nas przez długi czas. Nie po to zaczęto pracować nad kontratakami i nieprzewidywalnością, aby teraz uzależnić się od trzech zawodników.

Piłkarz z innej planety

968-cristiano-ronaldo-and-real-madrid-humiliated-against-atletico-in-4-0-loss

Kolejne derby Madrytu zakończone i kolejny raz z rzędu lepsi okazali się zawodnicy Atletico. Podopieczni Ancelottiego wyglądali jak dzieci we mgle, a w szczególności środek pola, który kompletnie nie istniał. Podobnie jak Ronaldo oraz Bale, którzy czasami wpadali na połowę rywala, ale zazwyczaj osamotnieni i nie mieli komu dograć w pole karne. Za to gracze Simeone znów zaprezentowali, że posiadają patent na rywala zza miedzy. Świetne spotkanie rozegrał Mandzukic, równie dobrze wypadli Griezmann, Saul czy Tiago. Tylko ślepy nie zauważyłby, że Rojiblancos w tym momencie są po prostu lepsi od Realu.

Jest jednak taki, który twierdzi inaczej. Jest to nikt inny, tylko Cristiano Ronaldo. Tuż po meczu powiedział, że według niego Real jest lepszą drużyną od Atletico, tylko trzeba to pokazać na boisku… Wypowiedź tak idiotyczna i absurdalna, że ciężko ją w jakiś sposób skomentować. A co, jeśli nie boisko, udowodniło, że gracze z Vicente Calderon są lepsi? Są jakieś inne wyznaczniki, aby określić siłę zespołu? Na papierze wiele ekip wygląda nieźle. Zrozumiałbym, gdyby Atletico przydarzyło się to pierwszy, góra drugi raz w ostatnich latach, ale to już jest czysta regularność. Wciąż Real nie znalazł panaceum na Atletico, a takie słowa są kompletnie niepotrzebne i wywołują śmiech. Kogo obchodzi, że według niego Królewscy to lepszy zespół? Czekam z niecierpliwością na moment, kiedy CR7 w końcu przyzna, że ktoś może być od niego wyżej. Jednak to prawda, że Cris przyleciał z innej planety… albo urwał się z choinki – tak czy siak nie jest to normalne zachowanie.

La liga zagrała: Ścisk na dnie

tabela

Za nami ponad połowa sezonu, który do tej pory nas nie zawodzi. Fani ligi angielskiej zawsze wmawiali nam, sympatykom hiszpańskiego futbolu, że Premier League jest lepsza, bo jest bardziej wyrównana, a w La Liga liczą się cały czas ci sami. Czy aby na pewno? W czołówce znajdują się takie ekipy jak Valencia, Sevilla, Malaga czy Villarreal, które często urywają oczka pierwszej trójce. Zresztą jeszcze nie tak dawno Atletico również zaliczało się do grona, które jest w wiecznej pogoni za Barceloną i Realem. Tak naprawdę w Premiership jest podobnie. Liczą się tak naprawdę Chelsea i Manchester City, a za nimi gdzieś tam starają się podążać: Arsenal, Tottenham czy drużyny z Liverpoolu. Kluby z Hiszpanii zbyt często pokazywały klasę w europejskich pucharach, aby teraz uznać, że te angielskie są od nich lepsze. Marna prowokacja.

Inny argument – mocniejsi spadkowicze. No i tu fanatycy piłki angielskiej strzelają sobie w stopę. Zerknijmy na tabelę. Ósmy w zestawieniu Eibar (no popatrz, taki kiepski beniaminek), który traci do siódmej Malagi 8 puntków ma równocześnie tyle samo przewagi nad strefą spadkową! Wystarczy seria paru nieudanych spotkań, a drużyna z wysokiej pozycji w środku tabeli może spaść aż pod kreskę! Dla porównania – przewaga lidera nad czwartą drużyną w zestawieniu to aż 10 punktów. Nad szóstą – 13, a nad siódmą – 19. To pokazuje jak bardzo będzie zaciekła walka o utrzymanie w tej kampanii. Cordoba przez prawie całą rundę jesienną nie miała ani jednego zwycięstwa na swoim koncie, a wystarczyły trzy dobre spotkania, aby wywindowała się na 15. miejsce. W tej chwili, po kolejnej kiepskiej passie trzech porażek, znów jest na dnie. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie i to co kolejkę! Pewnie jeszcze nieraz zobaczymy roszady na ostatnich trzech lokatach, więc ma nadzieję, że kibice Premier League jeszcze raz dokładnie zastanowią się nad swoimi argumentami, ponieważ w tej chwili to bezsprzecznie La Liga jest najlepszą ligą świata i kropka!