Spokojnie i bez pośpiechu po komplet punktów

sandro-justo-tras-gol-ante-villarreal-1409511954332

Na zakończenie wakacji, w ten niedzielny, piękny wieczór, idealnym sposobem na kaca moralnego mogła być La Liga. Sądzę, że mieliście już okazję oglądać znacznie bardziej porywające i ekscytujące spotkania, niż to, w którym mierzyła się Barcelona oraz Villarreal, ale pamiętajcie, że pozory mogą mylić. Jeżeli przełączyliście kanał przed 82. minutą, niestety przegapiliście punkt kulminacyjny meczu. Co więcej, meczu wygranego przez Azulgranę 0:1.

Mecz ten, jak można było przypuszczać, był całkiem przyjemny dla oka, ale, muszę Was rozczarować, na pewno nie rzucał na kolana. Tak zwane “highlights” odnajdziemy nielicznie w pierwszych 45 minutach, a trochę więcej w drugiej partii spotkania. Generalnie było ono bowiem idealnym sposobem na odstresowanie, o scenariuszu takim, jaki dobrze znamy – Barca podająca sobie piłkę przez zdecydowaną większość czasu oraz rywali, którzy robili wszystko, by nie dać się zwieźć.

Owi grali nienagannie i koncetrowali się głównie na odpieraniu ataków silniejszych przeciwników. Szło im to bardzo dobrze, a zdarzało się też nastraszyć podopiecznych Luisa Enrique. Brakowało im jednak nieco skuteczności, Dumie Katalonii z kolei – iskierki, która wykrzesałaby trochę intensywności w grze, bo, jak wspominałam, dotychczasowa niczym konkretnym nie zaowocowała. Pojawiało się też trochę nieporozumień i zupełnie niepotrzebne, głupie błędy. Po połowie czasu podstawowego więc wciąż na tablicy wyników widniał bezbramkowy remis.

Druga połowa okazała się być rozstrzygająca, choć nie od razu się na to zapowiadało. Rozpoczęła się bardzo podobnie, jak kończyła się pierwsza. Prawdę mówiąc, gra dalej była bezbarwna i bez konkretnego celu, niemrawa, momentami usypiająca. Statystyki bezwzględnie rzucały Villarreal na kolana, ale nie było widać, by w rezultacie Barca demolowała El Submarino Amarillo. W jednym momencie zdała sobie sprawę, że czas ucieka, a bramek brak – wtedy podkręciła tempo i naprawdę trudno pojąć, w jaki sposób wynik meczu dalej pozostał nieruszony. Gospodarze także próbowali odpowiadać i, muszę przyznać, od czasu do czasu rzeczywiście udawało im się wyprowadzić niezłe akcje – pod koniec spotkania udało im się niemal zatrzymać pracę serca wszystkich Cules, bo od gola dzieliła ich poprzeczka bramki Claudio Bravo.

Gdy powoli zaczynaliśmy godzić się z bezbramkowym remisem, a kibice zaczynali zbierać się do wyjścia z El Madrigal, pod bramką Villarrealu powstało niemałe zamieszanie, nie pierwszy raz zresztą. Wówczas wreszcie znalazł się ktoś, kto pokonał świetnie grającego Sergio Asenjo. Nie był to Messi, co ciekawe. On jedynie zafundował podanie swojemu młodszemu koledze Sandro. Uratował bowiem Barcę w wyjątkowo niebanalny sposób, zdobywając gola na wagę trzech cennych punktów, a wyglądało to tak, jakby wpadł do bramki razem z piłką. Widząc to doszłam do wniosku, że niewątpliwie warto było zaczekać ponad godzinę, aby obejrzeć ten błyskotliwy, przedniej urody strzał młodego barcelonisty, który niedługo przedtem zmienił Pedro.

Utrata punktów już na początku sezonu nie była zbyt kusząca, dlatego też cieszę się, że Katalończycy ocknęli się w porę, by nie zrywać dobrej passy tak szybko. Najważniejsze mecze co prawda dopiero nadejdą, lecz fakt, iż Żółte Łodzie Podwodne nie są najlepszą drużyną w lidze niczego nie usprawiedliwa – wygrana była konieczna. Może okazała się skromna i wyrwana rzutem na taśmę, lecz nadal opłacona trzema punktami.

 

Villarreal CF:

Asenjo – Costa (59′ Paulista) , Ruiz, Musacchio, Mario – Trigueros, Bruno, Pina – Czeryszew (65′ Vietto), Santos, Cani (70′ Espinosa)

FC Barcelona:

Bravo – Alves, Pique, Mathieu, Alba – Rakitic, Busquets, Rafinha (75′ Xavi) – Pedro (70′ Sandro), Messi, Haddadi ( 59′ Neymar)