Szczęście w nieszczęściu: Benfica Lizbona – FC Barcelona 0:2

Za nami kolejny mecz Ligi Mistrzów i kolejne zwycięstwo Barcelony w typowym wykonaniu. Katalończycy, jak to zazwyczaj bywa, zmiażdżyli rywala przewagą w posiadaniu piłki i przez większość meczu grali nią na połowie rywala, jakim była Benfica Lizbona. Co prawda, mogła paść jedna czy dwie bramki więcej, ale sądzę, że wynik 0:2 również zadowala, nawet jeśli jest nieco skromny, jak na Barcę.

Biorąc wszystko w całość można powiedzieć, iż był to dobry mecz w wykonaniu Blaugrany. Cała drużyna grała bardzo aktywnie, zarówno w linii obrony, jak i w ataku, co uniemożliwiało Benfice wyprowadzenia jakiejś konkretnej akcji. Owszem, zdarzało się, że piłkarzom Lizbony piłka wpadała pod nogi. Wtedy jednak, mimo szybkim reakcjom i sprincie pod bramkę Barcelony, nie udawało im się pokonać  ani obrońców gości, ani Victora Valdesa. Widoczne to było szczególnie w drugiej połowie spotkania, ponieważ przez pierwszą część zdawali się nieco uśpieni. Dla odmiany, Barca działała na Estadio da Luz już od pierwszych minut, a konkretnie od 6. – wtedy do siatki wpakował piłkę Alexis, swoją drogą zasługujący na duże pochwały za to spotkanie, gdyż nareszcie przymknął usta swoim krytykom. Poza tą akcją w oko rzuciło się jeszcze kilka podobnych sytuacji, które nie zakończyły się wprawdzie powodzeniem, ale napsuły trochę krwi zarówno zawodnikom Lizbony, jak i trybunom. Te natomiast robiły wszystko, by wyprowadzić Barcelonę z równowagi. Jak się potem okazało – zupełnie bezskutecznie. Gospodarze próbowali wynagrodzić to swym kibicom, od czasu do czasu nawiedzając bramkę Valdesa, lecz jak wspomniałam wcześniej, nie stwarzali oni większego zagrożenia.

W drugiej  połowie, można by to tak ująć, obie ekipy odżyły na nowo. Tak, jak końcówka pierwszej połowy była standardową wymianą podań między zawodnikami Blaugrany, tak po wyjściu z szatni po obu stronach boiska zaiskrzyło, z tym, że dopiero po kilkunastu minutach dominacji przyjezdnych. Nawet Benfica rozegrała parę ładnych akcji, choć i te odczytali stoperzy gości. Oni także atakowali częściej, ale na kolejnego gola musieliśmy poczekać dłuższą  chwilę. Normalnie nikt nie zwróciłby uwagi na monotonną „kopaninę”  na początku drugiej połowy, gdyby nie fakt, iż piłkarze Lizbony wyraźnie nie próbowali nawet zagrozić przeciwnikom. Być może to dlatego, że nie chcieli wyjść na amatorów przy prostopadłych podaniach Barcelony, które dezorientowały niemiłosiernie. Rezultatem tego stała się druga, naprawdę urodziwa bramka, tym razem autorstwa Cesca Fabregasa, strzelona w 55. minucie. Zmotywowała ona Benfikę do koniecznych kontrataków. I faktycznie, ten jeden Jardela, chwilę po drugim golu gości, okazał się dobrym pomysłem. Na całe szczęście Valdes pozostał czujny. Od razu przykład z niego wziął golkiper Lizbony, Artur, gdyż już więcej nie dał się zaskoczyć Messiemu i jego kolejnym próbom powiększenia wyniku.

Inna sprawa, która przykuła naszą uwagę, była ta pechowa interwencja Carlesa Puyola. Nic nie dała jego ofiarność, bo w pojedynku główkowym nieszczęśliwie upadł na swoją rękę, co od razu wykluczyło go z gry. Nie ma słów, aby opisać sytuację kapitana Blaugrany. Odkąd złamał kość jarzmową, nie zagrał nawet pełnych 90 minut, ponieważ jak pamiętamy, po wyleczeniu się z tej kontuzji nabawił się kolejnej, a przez tą stopował aż do dzisiejszego spotkania. Z pewnością będzie to potężny minus tego wieczora. To, co dodatkowo raziło w oczy, szczególnie pod koniec meczu, to kilka kartek, które posypały się niemal w jednej chwili. Pierwszą z nich, żółtą, otrzymał w 86. minucie Martins, moment po nim Matić, a następnie Sergio Busquets…  lecz on zobaczył czerwoną. To bardzo ciekawa kwestia, której jednak nie będę komentować, bo jak na razie nikt nie wie, za co właściwie Sergio ją dostał. Cóż, nie nam to oceniać, choć ten, kto jest za to odpowiedzialny, również się nie popisał.

Przeplatana akcja z nudą to chyba trafne określenie tego meczu. Z jednej strony to dobrze, gdyż 3 łatwo zdobyte punkty powędrowały na konto Barcelony, lecz szkoda trochę, że nie mieliśmy okazji zobaczyć lepszego widowiska, tak jak było to chociażby w zeszłą sobotę. Osobiście uważam jednak, że cała drużyna, jako ekipa oraz indywidualnie, zaliczyła pozytywnie ostatni sprawdzian przed niedzielnym klasykiem. Wszyscy zawodnicy Azulgrany zagrali raczej nienagannie, tak więc możemy optymistycznie podchodzić do nadchodzącego „starcia gigantów”.