Tango argentyńskie

Skoro w sobotę zobaczyliśmy 5:1, dlaczego na boiskach Ligi Mistrzów nie mielibyśmy zobaczyć czegoś równie sympatycznego dla oka? Tego wieczora mieliśmy do wyboru kilka niezłych spotkań, a jedno z nich Barcelona rozgrywała w Nikozji. Nie pozostawiła nam żadnych wątpliwości, wygrywając 0:4.

Było to jedno z wielu starć w ten wtorkowy wieczór, jak już powiedziałam. Zważywszy na wynik, nie brzmi jak hit kolejki czy coś w tym stylu. Cóż, z jednej strony to prawda: samo posiadanie piłki wynosiło 75% dla Barcy, a w drugiej połowie – 74%. Ilość oddanych strzałów przez Apoel i tym podobne zestawienia także nie rzucały na kolana, nie ukrywajmy. A jednak mecz jest warty uwagi.

Od czasu do czasu zaobserwowałam kilka w miarę sensownych akcji wyprowadzonych przez gospodarzy, ale były to jedynie parominutowe przebłyski. Zdecydowaną większość czasu karty rozdawała Blaugrana. I miała szczęście w tych kartach, o czym świadczy zresztą sam wynik. Typowy entuzjasta piłki nożnej jednak prawdopodobnie wybrałby starcie Manchesteru City i Bayernu, gdzie obejrzeliśmy niesamowitą remontadę (w roli właściwie jednego piłkarza, Sergio Aguero), chociaż prawda jest taka, że dziś cudowne bramki padały na wielu boiskach, na przykład ta ostatnia, piąta, w meczu Schalke i Chelsea, czy ten Naniego w meczu Sportingu z Mariborem.

Cieszy nas bardzo, iż Barcelona znów pokazała, że nie zapomniała, jak to jest rzucać na kolana przeciwnika. Przede wszystkim, swojego debiutanckiego gola dla Dumy Katalonii zdobył Suarez. On bowiem otworzył wynik spotkania po około pół godziny od pierwszego gwizdka sędziego.

Wydawało mi się też, że drużyna bardzo dobrze się rozumie, bo gra sprawiała wrażenie płynnej, całkiem ciekawej, pomimo, że jednostronnej. Jedynym incydentem gości była podwójna żółta kartka Rafinhi, którego przecież i tak nie widujemy na murawie wybitnie często. W efekcie Barca skończyła mecz w dziesiątkę, ale, jak się zapewne spodziewacie, wiele to nie zmieniło. O ile w ogóle coś zmieniło.

Wspomnę teraz o tym, co napisałam na początku. Spotkanie zasługuje na uwagę z jednego ważnego powodu. Leo Messi, tak sobie po prostu, strzelił hat-tricka i pobił kolejny rekord w sobotę. Tego wieczora, o dziwo, strzelił hat-tricka (klasycznego) i pobił kolejny rekord. Grał po prostu genialnie i zaryzykuję stwierdzenie, że poprowadził Katalończyków do zwycięstwa.

Poza tym niewiele możemy dodać, jeśli chodzi o to spotkanie. Jak powiedziałam, prawie w całości opanowali je podopieczni Luisa Enrique, wykonując swój plan w stu procentach. Swój własny plan wykonał także Pchła. Dlatego właśnie, pomimo, że mecz nie był klasyczną piłkarską sensacją, ci panowie znów podbili nasze serca blaugrana. Zagrali na „cztery miary”’. Jak tango.

APOEL Nikozja:

Pardo – Antoniades, Carlao, Guilherme, Sergio – Aloneftis (‘ Efrem), Vinicius (74′ Djebbour), Morais, Gomes – Sheridan, Manduca (63′ De Vincenti)

FC Barcelona:

Ter Stegen – Alves, Pique, Bartra, Alba (62′ Adriano) – Rakitic (62′ Xavi), Mascherano, Rafinha – Messi, Suarez (77′ Busquets), Pedro