Tomek wieczorową porą: Cud w Kaiserslautern (odc. 4)

Przy okazji pierwszego odcinka cyklu wspomniałem, iż będą się w nim pojawiać także wspomnienia wielkich meczów Barcelony. Właśnie dziś nadszedł ten czas. Wiadomo, taki klub rozegrał w swojej historii wiele niezapomnianych spotkań. Czemu więc zdecydowałem się na dwumecz z tym niemieckim klubem? Nie będę ukrywał, też chciałem chociaż raz w życiu wymienić pełny skład Kaiserslautern. Nie jest to jednak moment, w którym powinienem się zbytnio uzewnętrzniać, więc nie przeczytacie tu o tym, że chciałbym zdobyć Mount Everest, a nad łóżkiem mam plakat Douglasa. Po wyjaśnieniu wszystkich niejasności czas przejść do meritum. Cofnijmy się do sezonu 91/92. 

Zły czas

Jak w ogóle doszło do tej potyczki? Zapewne wiecie, iż w tamtym okresie dzisiejsza Liga Mistrzów nazywała się Pucharem Mistrzów, a to miano w przeciwieństwie do obecnego odzwierciedlało charakter rozgrywek. Łatwo się więc domyślić, że w tych międzynarodowych rozgrywkach grali jedynie mistrzowie swoich krajów. Nawet Zagłębie Lubin grało! Jednak odpadło w pierwszej rundzie z Broendby… Grała też rzecz jasna Barcelona i Kaiserslautern. Hiszpanie na koniec sezonu 1990/1991 wyprzedzili Atletico, wygrywając ligę ze śmiesznym jak na dzisiejsze czasy dorobkiem 57 punktów. Niemcy z kolei wyprzedzili o 4 oczka Bayern, zdobywając mistrzostwo po 38-letniej przerwie. Jak wyglądała wtedy sytuacja w obu w klubach? W Katalonii jeszcze nie wiedziano o tym, iż zaczyna się złoty okres w historii. Ligowe trofeum, które dało przepustkę do Pucharu Mistrzów było pierwszym z czterech kolejnych. Właśnie w owym czasie Dream Team Johanna Cruyffa wszedł na najwyższe obroty. Skład roił się od gwiazd: Stoichkov, Laudrup, Koeman, praktycznie całą jedenastkę można by wymienić w tym kontekście. W Kaiserslautern sytuacja wyglądała nieco inaczej. Wymienione wyżej mistrzostwo było dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Zaledwie rok wcześniej niemieckie “Czerwony Diabły” zajęły odległe 12. miejsce. Po wielkim triumfie w 1991 roku nie było żadnego kontynuowania dobrej passy, klub wyglądał solidnie, lecz nie na tyle, aby znów wygrać Bundesligę. Nie zmienia to jednak faktu, że w zespole grało wówczas kilku bardzo dobrych zawodników. w kadrze był między innymi obecny prezes niemieckiej drużyny Stefan Kuntz, który został uznany najlepszym graczem w historii Kaiserslautern. Godni uwagi byli też z pewnością Bjarne Goldbaek, Roger Lutz oraz Marco Haber.

Mecz bez historii

Przed wspólną potyczką oba zespoły musiały jeszcze przebrnąć przez pierwsza rundę. Tam czekały ciekawe zespoły. Blaugranie przyszło zmierzyć się z niemieckim klubem, lecz z innego regionu, konkretniej z NRD. Podopieczni Cruyffa sprawę postanowili rozstrzygnąć już na Camp Nou, po pewnym 3:0 na własnym stadionie, jednobramkowa porażka po golu Clebera Spiesa nie bolała tak bardzo. Na więcej egzotyki mogło liczyć Kaiserslautern. Słyszeliście kiedyś o klubie Etyr Wielkie Tyrnowo? Jeśli nie to nie ma się czemu dziwić. Drużyna została rozwiązana z powodu kłopotów finansowych w 2013 roku, a z tamtejszej ekstraklasy spadła jeszcze, gdy ludzie w trakcie uruchomiania komputera mogli zrobić przegląd prasy i wypić kawę, podziwiając widoki. W Pucharze Mistrzów Etyr jednak zagrał i był nawet blisko sprawienia niespodzianki. Ostatecznie to Niemcy trafili w 90. minucie i jakiekolwiek szanse na dogrywkę dla Bułgarów zostały rozwiane. Tak, teraz już czas przejść do dwumeczu Barcelony z Kaiserslautern, bo właśnie w kolejnej rundzie los złączył ze sobą te dwa zespoły. Data spotkania numer jeden była dość niefortunna dla Dumy Katalonii. Przed meczem w europejskim pucharze Hiszpanie musieli zmierzyć się z Realem Madryt (remis 1:1), a w następny weekend czekało na nich Atletico (wygrana 1:0). Ogólnie skandal i wina Florentino. 23 października liczyła się jednak tylko wygrana z Niemcami. Barcelona wystąpiła wtedy w następującym składzie:

Zubizarreta – Ferrer, Guardiola, Koeman – Witschge, Bakero, Nadal, Eusebio (63′ Cristobal) – Begiristain, Stoichkov (70′ Salinas), Laudrup

A oto skład Kaiserslautern z meczu z Barceloną w sezonie 91/92:

Ehrmann – Funkel, Dooley, Stumpf – Haber (77′ Degen), Scherr, Hoffmann, Kranz, Kuntz (60′ Goldbaek) – Witeczek, Hotic

Zgodnie z planem zwyciężyli gospodarze i to dość przekonująco w stosunku 2:0. Autorem obu bramek był Txiki Begiristain. Pierwsza z nich padła zaledwie minutę przed przerwą po błędzie Ehrmanna. Bramkarza Kaiserslautern wypuścił piłkę po strzale zza pola karnego Witschge, a Begiristain klasycznym “szczurem” otworzył wynik. Drugi cios padł tuż po przerwie. Blaugrana zdobyła bramkę po koronkowej akcji uwieńczonej przypadkowym wykończeniem, ale zwycięzców się nie sądzi. Co ciekawe, rezultat mógł, a nawet powinien, być inny. W drugiej połowie bowiem jeden z napastników drużyny niemieckiej doszedł do sytuacji sam na sam z Zubizarretą, łatwo minął portero Katalończyków i trafił w… boczną siatkę. Barcelona też nie była dłużna, nieco później Begiristain również przegrał pojedynek z bramką. Ostateczny wynik zmianie nie uległ, a większość osób w klubie z Hiszpanii uwierzyła, iż do awansu wystarczy tylko wyjść na murawę w rewanżu.

Głowa nie od parady

Drugie spotkanie miało być tylko formalnością. Odbyło się 6 listopada na Fritz-Walter Stadion przy ponad trzydziestotysięcznej publiczności. Oto skład Kaiserslautern z tego spotkania:

Ehrmann – Funkel, Haber, Schafer – Lelle (87′ Kranz), Hoffmann, Hotic, Goldbaek, Scherr – Witeczek, Kuntz

Blaugrana wyszła w następującym zestawieniu:

Zubizaretta – Guardiola (80′ Nadal), Koeman, Nando – Begiristain (67′ Serna), Eusebio, Witschge, Bakero, Cristobal – Laudrup, Stoichkov

Na pewno domyślacie się, że to spotkanie formalnością nie było. Zresztą, tak zwykle jest, kiedy nastawiamy się, że będzie szybko, łatwo i przyjemnie. Niemcy nie zamierzali składać broni, a budowanie przewagi rozpoczęli od budowania przewagi psychologicznej. Przed pierwszym gwizdkiem arbitra zgromadzeni na stadionie kibice zrobili coś, co dzisiaj nazwalibyśmy “efektownym pyro”, czy czymś w tym stylu. Trudno powiedzieć, jakie wrażenie wywarło to na Katalończykach, lecz chyba równie wielkie jak hymn w wykonaniu Edyty Górniak na reprezentacji Polski. Do przerwy było bowiem 1:0. Barcelonę ukąsił Demir Hotic – człowiek, który tego dnia potrafił nie raz ośmieszyć defensywę gości. Dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy snajper Kaiserslautern przegrał pojedynek sam na sam z Zubizarretą, by potem trafić do siatki po rzucie rożnym. Piłkarze Dumy Katalonii od razu rzucili się do sędziego, twierdząc, iż Hotic utrudniał interwencję Zubiemu. Nic z rozpaczania i rozdzierania szat nie wynikło.

Jeśli ktokolwiek się spodziewał, że po zmianie stron Barca odpowie zdecydowanie i nie pozostawi wątpliwości, kto jest lepszy, był w błędzie. Zespołem, który szybko zareagował na boiskowe wydarzeni,a była drużyna niemiecka. W 49. minucie Hotic trafił po raz drugi, ponownie po rzucie rożnym. Piłkę głową przedłużył Kuntz, a na długim słupku czekał już Bośniak. Dalsze minuty pokazały, iż bardziej z ewentualnej dogrywki nie jest zadowolone Kaiserslautern albo raczej Niemcy postanowili skorzystać z rady typowego skrzydłowego w sprawach sercowych i “kuć żelazo póki gorące”. W przeciwieństwie do wyrywania Magdy z pracy (jeśli czyta to jakaś Magda, to zaznaczam, że zbieżność imion jest przypadkowa i jednocześnie bardzo mi miło, że do tego momentu dotrwała), na boisku ta porada się sprawdziła. W 77. minucie na 3:0 po podaniu Lelle podwyższył Goldbaek. Dream Team Johanna Cruyffa znalazł się pod ścianą, a jedną z niewielu opcji mogących uratować awans było “walenie” na chaos do Adamsa kogokolwiek.

Już w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Zubizarreta zgodnie z tą taktyką wybił futbolówkę daleko do przodu. Po tym zagraniu sędzia dopatrzył się przewinienia na wyskakującym do główki graczu Barcelony i przed Dumą Katalonii stanęła otworem idealna okazja do rzucenia klasycznej “lagi” w pole karne. Takiego zadania musiał podjąć się Ronald Koeman. Gdyby trzeba było zagranie Holendra określić jednym epitetem, z pewnością byłby to “lampion chiński”. Adresatem tej wrzutki nie był jednak żaden z rosłych zawodników, lecz Jose Mari Bakero, który w realiach polskiej piłki dał się poznać jako bardzo spokojny człowiek. Jeśli zrobimy stopklatkę przed tym, jak Bakero zdobywa gola pięknym strzałem głową w długi róg, sytuacja wygląda wręcz beznadziejnie. Do tej samej piłki co mierzący 175 cm wzrostu pomocnik Barcelony skaczą bowiem dwaj zawodnicy Kaiserslautern warunkami fizycznymi go przewyższający. Ale jednak wpadło. Widocznie tak musiało być. Gol Bakero może dziwić nieco mniej, kiedy prześledzimy trafienia Hiszpana dla klubu z Katalonii. Po przeanalizowaniu tych goli nasuwa się nawet wniosek, że więcej bramek były trener Lecha Poznań zdobył strzałami głową.

Wydawać by się mogło, że to już koniec, że taki cios w 90. minucie definitywnie rozbije przeciwnika. Otóż nie. Niemiecki klub w doliczonym czasie gry miał jeszcze co najmniej dwie dobre okazje do wyrzucenia Barcelony za burtę Pucharu Mistrzów. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Duma Katalonii grała dalej i po finale z Sampdorią sięgnęła pierwszy raz po to międzynarodowe trofeum. Pamięć o cudzie w Kaiserslautern przetrwała do dziś. Po trafienu Iniesty w pamiętnym meczu na Stamford Bridge, szersze grono kibiców usłyszało o stacji radiowej RAC1. Internet obiegło nagranie, podczas którego dziennikarze tego radia komentują wydarzenia meczu z Chelsea, a jeden z nich zaraz po golu Iniesty krzyczy przez długi czas “Kaiserslautern”. Odsłuchanie tego komentarza serdecznie polecam, tak samo jak pamiętanie o tym, iż Bakero to nie tylko człowiek od “pokojnie pokojnie”, a także o tym, że Don Andres wcale nie był pierwszym w historii Barcelony, który zdobył bramkę w tak dramatycznych okolicznościach.