Tomek wieczorową porą: Eulogio Martinez (odc. 5)

To już w sobotę. Jeszcze tylko czwartek i piątek, i dzisiejsza noc, i kawałek soboty. Każde dobre zagranie na orliku od tygodnia wydaje się być zagraniem na miarę Messiego, każdy strzał z wolnego w mur jest jak wolny Ronaldo. Magia El Clasico już działa. Właśnie z tego względu nie mogłem sobie odmówić delikatnego zerwania z tematyką cyklu i napisania dla odmiany o klubowej legendzie. O kim konkretnie? Trafiał czterokrotnie w jednym spotkaniu z Realem, siedmiokrotnie podczas jednej tylko potyczki z Atletico (nie, nie dostał Złotej Piłki). Trochę Paragwajczyk, trochę Hiszpan o bardzo chwytliwym pseudonimie boiskowym “Otwieracz do konserw”. To tylko kilka informacji z życiorysu jednej z największych postaci w historii Dumy Katalonii. Dziś bohaterem będzie Eulogio Martinez. 

Biedny Franz

Snajper rodem z Paragwaju swoją przygodę z piłką rozpoczął w klubie w nazwie Atlantida. Niewielu pewnie o tej drużynie słyszało, a co ciekawe jest ona jedną z najstarszych w całym kraju. Niestety, mimo daleko sięgających tradycji Atlantida dość szybko została przyćmiona przez inne kluby z Asuncion. Już w czasach, gdy był tam Eulogio, czyli w połowie dwudziestego wieku, nie wiodło się najlepiej. Zespół tracił bowiem coraz bardziej kontakt z najwyższą klasą rozgrywkową, co nie zmieniło się do dziś. Martinez chcąc szukać szczęścia zmuszony był więc kontynuować seniorską już karierę w innym miejscu. Chociaż też nie do końca, bo z Asuncion nigdzie się nie ruszył. Jego nowym klubem zostało Libertad. W obecnym stuleciu klub ten zdobywa tytuły mistrzowskie wręcz taśmowo, jednak sytuacja przed tym okresem nie była taka różowa. W latach 1946-1999 Libertad jedynie dwukrotnie sięgnął po tytuł mistrza Paragwaju, duży wkład w jedno z tych trofeów miał Eulogio. Do zespołu dołączył w 1953 roku, mając zaledwie 18 lat. Pierwszy sezon zakończył wicemistrzostwem, podobnie jak drugi. Z czasem zyskiwał coraz większe uznanie i piął się w klubowej hierarchii, aż wreszcie jako jedna z głównych postaci zdobył paragwajskiego “majstra” wraz z kolegami. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, o młodym, zdolnym napastniku, który odniósł sukces, zrobiło się głośno. Blisko do Ameryki Południowej zawsze mieli skauci hiszpańscy i nie inaczej było tym razem. Do Asuncion udał się nie byle kto, lecz sam Josep Samitier. Transfer dopięto w połowie rozgrywek 1955-1956. Jednak pierwszym trenerem Martineza w Barcelonie tylko teoretycznie był Franz Platko. Do końca pracy Wegra w Blaugranie nie udało się załatwić wszystkich formalności związanych z kupnem Paragwajczyka i Eulogio mógł grać jedynie w meczach towarzyskich z różnych okazji. Nawet jeśli madziarski Franz zauważył coś niezwykłego w sposobie chodzenia po schodach swojego nowego nabytku, to i tak nie mógł tego wykorzystać. Taką szansę miał już jego następca Domenec Balmanya. Obecność Martineza w składzie okazała się niezwykle ożywcza. Przez dwa sezony pracy Francuza z klubem z Katalonii, nasz bohater był najlepszym strzelcem zespołu. Choć największe sukcesy z Barceloną miały dopiero przyjść, to rok 1957 obfitował w najbardziej spektakularne mecze w wykonaniu Martineza.

Pionier

Zacznijmy chronologicznie. Analizując występy Eulogio należy stwierdzić, iż chyba lepiej czuł się, grając w pucharach. W sezonie 1956/1957 praktycznie w pojedynkę przeprowadził Dumę Katalonii przez wszystkie szczeble Copa del Rey (wtedy Copa del Generalisimo). Jego pierwszym skalpem było Atletico. Mecz numer jeden został wygrany przez Barcę 5:2. W rewanżu w stolicy Katalonii Rojiblancos zostali zmasakrowani wynikiem 8:1. Jak wspomniałem we wstępie, siedem bramek zdobył wtedy Martinez. Taka liczba strzelonych goli z pewnością działa na wyobraźnię, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że ówczesny futbol był nieco bardziej “radosny”. Kolejnym wielkim spotkaniem naszego bohatera było starcie z Realem Madryt w tej samej edycji pucharu. Tym razem i Blaugarna, i sam Eulogio wykazali się większą empatią. Po remisie w pierwszym meczu, w drugiej potyczce padł wynik 6:1, Martinez trafił czterokrotnie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, powiedzielibyśmy “paragwajski Robert Lewandowski”, ale temat Roberta, Złotej Piłki i okładek w pewnej polskiej sportowej gazecie to nie jest dobry kierunek tej historii. Chociaż też nie do końca. Ostatnie z wielkich spotkań Eulogio w 1957 roku miało bowiem jak najbardziej polski akcent. 58 lat temu Barcelona zamieniła Les Corts na Camp Nou. Aktualnie nawet z gry komputerowej możemy się dowiedzieć, z kim mierzyli się wtedy gracze Dumy Katalonii. Oczywiście była to reprezentacja Warszawy. W trakcie spotkania Camp Nou nie funkcjonowało jeszcze tak jak powinno, ponieważ problemy z oświetleniem wpłynęły na porę oraz długość premierowej potyczki, lecz nie to było najważniejsze. Podczas otwarcia nowego stadionu niezwykle istotne jest to, kto jako pierwszy trafi do siatki. W przypadku Stadionu Narodowego w Warszawie sprawa wypadła raczej średnio, bo pierwszym strzelcem gola został hokeista Mariusz Czerkawski, w przypadku Camp Nou był to rzecz jasna nasz paragwajski napastnik. Nowa arena rozgrywania spotkań nie okazała się za to szczęśliwa dla trenera Balmanyi. Po zaledwie dwóch latach w klubie i wygraniu krajowego pucharu, musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Głównym powodem były trzecie miejsca w lidze rok po roku. Następca Francuza oprócz powrotu na szczyt w tabeli miał zrealizować także zadanie zepchnięcia Realu Madryt w kąt, a był nim nie byle kto tylko sam Helenio Herrera, przez niektórych zwany Magiem, a przez innych Grabarzem futbolu.

Szybka rotacja

Argentyńczyk spełnił swoje zadanie połowicznie. Barcelona wygrała co prawda dwa razy z rzędu ligę, lecz Blancos byli w tych latach wicemistrzami. W pierwszym sezonie pracy Herrery Eulogio niespecjalnie potrafił się odnaleźć na boisku. Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze występy było to bardzo niepokojące. W następnym roku wszystko wróciło jednak do normy. Martinez znów został najlepszym strzelcem zespołu, a w La Liga trafiał aż 23-krotnie. Drugiego krajowego triumfu nie świętował już z drużyną Helenio, który odszedł do Interu w mało przyjaznej atmosferze. Przez kolejne dwa lata Eulogio miał styczność z pięcioma trenerami. Ani na niego, ani na klub dobrze to nie wpłynęło. Paragwajczyk grał coraz mniej i od sezonu 1962/1963 reprezentował już barwy Elche. Potem spędził jeszcze nieudany okres w Atletico i zakończył bogatą karierę w CE Europa w niższej klasie rozgrywkowej. W Barcelonie występował (nie licząc czasu spotkań towarzyskich) przez 6 lat. Przez ten czas zdobył 168 goli w 225 meczach. Jego skuteczność do dziś robi wrażenie. Wszystko pięknie, ale gdzie to El Clasico, o którym wspomniałem na początku i co ma z tym wspólnego Martinez? Już wyjaśniam.

Nasz bohater jest jednym z najlepszych strzelców w historii starć Barcelony z Realem. Łącznie trafiał w tych potyczkach do siatki ośmiokrotnie. O czterech bramkach wbitych Realowi w 1957 już wspominałem. W krajowym pucharze trafił jeszcze raz przeciwko Blancos. Podczas ligowych potyczek udało mu się dwukrotnie wpisać na listę strzelców w Klasyku. W sezonie 1959/1960 zdobył gola na 2:1 w wygranym 3:1 spotkaniu. W ramach tej samej temporady jeszcze raz pokonał bramkarza Realu, tym razem w półfinale Pucharu Mistrzów podczas meczu numer jeden w Madrycie. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem Barcelona przegrała 1:3 co znacznie przyczyniło się do odejścia Helenio Herrery. Ostatnią bramkę w El Clasico Eulogio zdobył podczas starcia ligowego podczas porażki Blaugrany 3:5 na Camp Nou. Nie była to jednak ostatnia bramka przeciwko Realowi. Grając już dla Elche Martinez wpisał się na listę strzelców, lecz porażka 6:1 musiała przyćmić radość z gola. Tylko czterech zawodników w historii piłki nożnej było w stanie wbić graczom ze stolicy aż 4 bramki. Przed kolejnym Klasykiem warto pamiętać, iż jednym z nich był Eulogio Martinez – jedna z legend Dumy Katalonii.