Tomek wieczorową porą: Thomas Christiansen (odc. 8)

To jeszcze nie koniec. Najlepszy cykl na BlogFCB z imieniem Tomek w nazwie powraca. Czy w wielkim stylu, ocenicie sami. Przez ostatnie dwa miesiące wiele się wydarzyło. Munir zaczął strzelać, Hazard strzelił bramkę, a jeden z komentatorów stacji Eleven został Polskim Ambasadorem Aluminium (w skrócie pi ej ej, brzmi bardziej profesjonalnie). Całe szczęście nic nie zmieniło się w życiorysie naszego dzisiejszego bohatera. Trzeba przyznać, że karierę miał bogatą, szczególnie w różnorodność klubów. Grający na pozycji napastnika Duńczyk, który reprezentował Hiszpanię, został królem strzelców Bundesligi. Brzmi jak opis głównego bohatera telenoweli, ale bez strachu, poświęcę mu tylko jeden odcinek. Tym razem zapraszam na historię Thomasa Chrstiansena. 

Bo liczy się sport, dobra zabawa i zdanie mamy

Galimatias związany z narodowością Thomasa wziął się od różnych krajów pochodzenia jego rodziców. Ojciec był Duńczykiem, a matka Hiszpanką. Już od małego Christiansen grał w juniorskich zespołach z miasta urodzenia, czyli z Kopenhagi. Wśród klubów o twardej jak skała nazwie znalazło się nawet Broendby, w którym nasz bohater grał przez pół roku. Jednak Broendby nie jest tak znanym zespołem jak Real Madryt, z którego młodzieżową drużyną trenował Thomas. Miał wówczas 18 lat i fakt samych zajęć treningowych w takim klubie na pewno rozbudzał jego wyobraźnię. Mimo to, Chritiansen nigdy nie dołączył do składu Blancos. Na przeszkodzie stanęła…jego mama. Pani Christiansen zabroniła synowi przejść do Realu, do frakcji madritistas raczej nigdy nie zależała. Thomas wylądował więc w B.93. Nie jest to żaden szyfr, ani kod jakiegoś specjalnego ośrodka, lecz nazwa jednego z najstarszych klubów w Danii. Zespół ten święcił największe triumfy w dość zamierzchłych czasach, a obecnie występuje na trzecim szczeblu duńskich rozgrywek. Seniorskie boje i tak nie miały jednak dużego znaczenia dla Thomasa, bowiem w B.93 grał w drużynie młodzieżowej. Nasz bohater, mówiąc kolokwialnie “coś tam kopał” i po strzeleniu sześciu bramek przeciwko zespołowi, którego nazwy nie ośmielę się tutaj napisać, zgłosiła się po niego Barcelona. Christiansenem zainteresował się tym razem właściwy klub z Hiszpanii, co nie było przypadkiem. W Blaugranie szkoleniowcem był wtedy Johann Cruyff, któremu wizja końca Dream Teamu niespecjalnie przypadła do gustu. Zalecił więc ściąganie do Dumy Katalonii dobrze zapowiadających się młodych zawodników. Thomas dostał swoją szansę i trafił do Barcelony B. Znalazł się tam w jednej drużynie z Guardiolą, Carlesem Busquetsem, Sergim Barjuanem, Ivanem de la Peną oraz swoim rodakiem Ronniem Ekelundem.

Bez szans

Wynik osiągane wówczas przez rezerwy nie rzucały może na kolana, lecz nie były też dramatyczne. Kilku zawodników potrafiło się wyróżnić, o czym świadczą wymienione wyżej nazwiska. Jednym z nich był również Thomas. Często był zapraszany na treningi z pierwszym zespołem, gdzie mógł podpatrzeć bardziej doświadczonych kolegów. Wszystko świetnie, ale w weekendy Christiansen oglądał piłkarzy Barcelony tylko w telewizji. Swój debiut zaliczył co prawda dość wcześnie, bo podczas spotkania o Superpuchar Europy z Werderem w 1992 roku, lecz siedem minut, które wtedy rozegrał były jednym z największych przeżyć podczas całego pobytu w stolicy Katalonii. Od pierwszej minuty zagrał raz, w Pucharze Króla z Atletico i tak naprawdę tylko dwoma wymienionymi występami można podsumować Thomasa w Barcelonie. W lidze nie pojawił się w składzie ani razu, okazało się, iż Christiansen nie jest tym zawodnikiem, który podtrzyma żywotność Dream Teamu. Wyjściem z tej sytuacji było wypożyczenie, każdego roku gdzie indziej. Najpierw był to Sporting Gijon, potem Osasuna, a na koniec Racing Santander. W każdym z tych klubów Thomas wpisywał się na listę strzelców, lecz czynił to rzadko, zresztą adekwatnie rzadko do liczby minut spędzonych  na boisku. Podczas okresu trzyletnich wypożyczeń nasz bohater musiał borykać się z potężnym problemem – kontuzjami. Co ciekawe, w tym czasie Christiansen dostał powołanie do seniorskiej kadry Hiszpanii, swoje drugie. W spotkaniu z Litwą zdobył nawet gola i może właśnie to spowodowało, że zgłosił się po niego klub oferujący Barcelonie kupno. Tym zespołem był Manchester City. Żaden szejk nie firmował jednak oferty transferu swoimi pieniędzmi, a nasz bohater wolał zostać w Hiszpanii, ofertę więc odrzucił. Podobno Niall Quinn do dziś jest zasmucony tym, że Christiansen nie chciał z nim grać w ataku.

. niall-quinn

Plotka głosi też, iż Bony i Otamendi już wieszali plakaty z Thomasem na ścianie. Skoro serię słabych żarcików felietonisty mamy już za sobą, możemy przejść do dalszej części historii. Rok przed końcem kontraktu z Barceloną nasz bohater znalazł zespół z Hiszpanii, w którym mógłby grać. Wybór padł na Real Oviedo, gdzie Christiansen zaliczył całkiem niezły start. Z czasem jednak było coraz gorzej i po zaledwie półtorarocznym pobycie w Oviedo wylądował w Segunda Division w Villarrealu. Historia znów się powtórzyła. Dobry początek, zwieńczony nawet awansem, a później totalna klapa zakończona spadkiem. Tułaczka rozpoczęła się na nowo.

Król z Nikąd

Po przygodzie z Villarrealem Christiansen został bez klubu, a zatrudnienie znalazł dopiero w niższej lidze w Terrassie. Tam także nie zagrzał zbyt długo miejsca i zameldował się w greckim Panioniosie. Wszędzie potrafił znaleźć drogę do siatki przeciwnika, lecz w pewnym momencie jego skuteczność kompletnie gasła lub była gaszona przez urazy. W wieku 27 lat Thomas wrócił w końcu do Danii. Wydawało się, że to koniec jego tułaczki, ale los chciał inaczej. Po naszego bohatera zgłosiło się VfL Bochum. Choć pierwsze pół roku zakończyło się spadkiem, to powrót i forma jaką zaprezentował wówczas Christiansen były niebywałe. Najpierw zdobył 17 goli na zapleczu Bundesligi, co pozwoliło Bochum wrócić do elity. Potem zaś w niemieckiej ekstraklasie trafił do siatki aż 21 razy i został królem strzelców wspólnie z Giovanne Elberem. Tak dobre występy zaowocowały transferem do Hannoveru, gdzie zastąpić miał Frediego Bobicia. W tym jednak miejscu piękny sen się skończył, kontuzja kolana sprawiła, że Thomas jedynie był w nowym klubie, bo pobyt w Hannowerze nie miał wiele wspólnego z graniem. Po wypełnieniu kontraktu nasz bohater odszedł na emeryturę. Barcelona nie była jego miejscem na ziemi, chociaż kto wie, może gdyby dostał w Katalonii więcej szans, jego kariera potoczyłaby się inaczej. Nazwisko Christiansen zapisało się jednak w futbolowych annałach, a wszystko zaczęło się od dobrej rady mamy.