Tour de Euro #27: Koniec fazy grupowej – czas na pierwsze SUBIEKTYWNE opinie

Zakończyła się faza grupowa, a więc pora na pierwsze podsumowania. Choć spoglądając na liczbę rozegranych meczów, już dawno przekroczyliśmy połowę turnieju, tak naprawdę za nami dopiero pierwsza porcja emocji. Druga – miejmy nadzieję, że większa – zostanie zaserwowana od jutra. Zapraszamy na kilka słów od jednego z redaktorów współprowadzących ten cykl!

Cóż, muszę przyznać, że odetchnąłem nieco z ulgą. Przed turniejem znajdowałem się w dużo mniejszym gronie ludzi, których reforma ucieszyła. Więcej drużyn to więcej meczów, (w teorii) więcej emocji, kontrowersji, radości, smutku – generalnie wszystkiego, co kojarzy się z tak poważnym sportowym przedsięwzięciem. Przed pierwszym spotkaniem pojawiały się głosy – zdecydowanie logicznie argumentowane – że może to być najnudniejsza impreza od lat. Cieszę się zatem, że mój optymizm znalazł odzwierciedlenie w rzeczywistości.

24 reprezentacje to w zasadzie pół Europy, czyli możliwość gry zespołów nieco z przypadku, które na Euro trafiły kuchennymi drzwiami. Takich opinii nie brakowało i w zasadzie cały czas nie brakuje. Obawiano się nudy, meczów bez historii, słabej gry maluczkich. Jak jednak pokazała faza grupowa, lekceważyć nikogo nie można i każdy może wygrać z każdym. A przynajmniej powalczyć. Być może nie padło zbyt wiele bramek, bo średnia niecałych dwóch trafień na spotkanie nie powala. Może znaleźlibyśmy kilka potyczek, które bardziej wyrywałyby z fotela. Jednak z drugiej strony tylko 9 na 36 starć kończyło się rezultatem, w którym jedna drużyna miałaby więcej niż jednego gola przewagi. 75% meczów to wyniki na styku, losy ważyły się do ostatnich sekund. A przecież nawet w tych wspomnianych 9 potyczkach znajdziemy przypadki, gdy gol powiększający przewagę padał w doliczonym czasie.

Jak już wspomniałem, skazywani na porażkę przed turniejem grali bardzo ambitnie. Jednym wystarczyło to do awansu, inni się ledwie o niego otarli. Nie brakowało też negatywnych zaskoczeń ze strony reprezentacji, które mogły być czarnym koniem.

Największe wrażenie sprawili na mnie Chorwaci. Pierwsze miejsce w grupie zapewnili sobie w samej końcówce spotkania z Hiszpanią i nie można powiedzieć, by ten rezultat był niezasłużony. Ante Cacić zabrał do Francji zespół młody, aczkolwiek bardzo utalentowany. Na czele stoją jednak gracze zaprawieni w bojach, doświadczeni, którzy pomogą, gdy gra będzie się toczyć o dużą stawkę.

Zdecydowanie usatysfakcjonowani mogą czuć się kibice dwóch najmniej spodziewanych zwycięzców grup – Węgrów oraz Walijczyków. Obie reprezentacje to prawdopodobnie największe sensacje francuskiego turnieju. Drużyny są jednak bardzo mądrze prowadzone, a w szatni panuje doskonała atmosfera i chemia między graczami, co na takich imprezach wielokrotnie było jednym z kluczowych czynników i prowadziło do takich momentów jak triumf Grecji w 2004 roku.

Cieszyć może także postawa Polski – reprezentacji, która pierwszy raz od wielu lat daje nadzieję na coś więcej niż tylko wyjście z grupy. Biało-Czerwoni prezentują dojrzały futbol, ustawiony pod danego rywala. Piłkarze grają konsekwentnie i w pełni realizują plan taktyczny Adama Nawałki, któremu można tylko gratulować doskonałego przygotowania każdego szczegółu. W polskim obozie nic nie może wymsknąć się spod kontroli, pełen profesjonalizm. Na pochwałę zasługuje zwłaszcza defensywa – tylko Polacy i Niemcy nie stracili dotychczas bramki. Przesadnie balona pompować nie powinniśmy, ale układ kolejnych spotkań (o nim poniżej) sprawia, że naprawdę możemy liczyć na tę grupę facetów.

Być może nieco więcej spodziewaliśmy się po faworytach, ale dla takich drużyn jak Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania czy nawet Belgia ten turniej na dobrą sprawę się dopiero rozpoczyna. Dlatego jestem daleki od wyciągania daleko idących wniosków, choć należy zaznaczyć, że z tych ekip zachwycili tylko Włosi i Hiszpanie – jednak tylko w jednym meczu.

Największy minus, jeśli chodzi o zespół, musi powędrować do Austrii. Drużyna, którą dwa tygodnie temu stawiałem w roli czarnego konia (co możecie zresztą zobaczyć w 6. odcinku cyklu), kompletnie zawiodła, ugrywając ledwie jedno oczko w najsłabiej obsadzonej grupie. David Alaba i spółka zupełnie nie przypominali kolektywu, który błyskawicznie przebrnął przez eliminacje. Popisem ich bezradności było starcie z Islandią na koniec fazy grupowej, w którym nie wychodziło im praktycznie nic.

Pretensje można mieć też do Portugalczyków, którzy co prawda awansowali, ale zrobili to “za pięć dwunasta”, gromadząc na swoim koncie trzy oczka za trzy remisy. Potencjał w ekipie Fernando Santosa jest ogromny, ale widać, że w drużynie brakuje zgrania, a piłkarze nie wyglądają na grupę dobrych kolegów. Frustracja, złość, wzajemne pretensje – to najczęstszy obraz po ich akcjach ofensywnych. W dodatku w nie najlepszej relacji są dwa najważniejsze ogniwa – Ronaldo oraz Nani, a to przekłada się na poziom gry.

Dalsza faza turnieju ułożyła się dość specyficznie. W górnej (polskiej) części drabinki próżno szukać – poza Belgią – ekipy, którą przed rozpoczęciem turnieju stawiano w roli faworytów. Rozstrzygnięcia fazy grupowej sprawiły, że znajdziemy tu choćby Irlandię Północną, Węgry czy Walię. W dolnej części nie brakuje za to potentatów, a także wielkiego hitu tej rundy – meczu Włochów z Hiszpanami, który zapowiadany jest jako rewanż za finał Euro 2012. Na wygranego tego spotkania czekać mogą Niemcy, a w półfinale Anglicy czy Francuzi. Będzie się działo! W finale zagrać może maksymalnie jedna z tych pięciu reprezentacji. W żadnym stopniu nie jest to jednak wina reformy czy ustalenia drabinki. Za ten fakt odpowiadają przede wszystkim Hiszpanie oraz Anglicy, którzy w ostatnich swoich spotkaniach zaprzepaścili okazję na teoretycznie łatwiejszą ścieżkę do finału.

Na koniec piłkarze. Wybór łatwy nie był, choć paradoksalnie dłużej zastanawiałem się nad graczami najsłabszymi. Zacznę jednak od tych (w mojej opinii) najlepszych. Chwila zastanowienia dotyczyła obsady bramkarza (McGovern pokonał ostatecznie Sommera), dwóch pozycji w obronie obok Srny i Schaera (odpadli Pique oraz Boateng) i środka pola (Krychowiak czy Xhaka musieli obejść się smakiem). Zastanawiałem się jeszcze nad Kubą Błaszczykowskim, ale przy takim zestawieniu w ofensywie nie za bardzo można było dla niego znaleźć miejsce.

Jeśli chodzi o tych najgorszych, problem był ze skompletowaniem obrony. Do tego zestawienia mógł jeszcze dołączyć Sergio Ramos, ale postanowiłem dać mu jeszcze szansę na rehabilitację. W pierwszym zamyśle uwzględniałem jeszcze Anthony’ego Martiala czy Piotrka Zielińskiego, ale nie dostali oni tak naprawdę okazji na poprawę, są młodzi i nie można od nich jeszcze oczekiwać cudów w każdym meczu, a ponadto znalazłem kilku innych, którzy w mojej opinii zasługiwali bardziej. Do ofensywnego zestawu mogliby dołączyć jeszcze choć Yarmolenko (Konoplyanka w moim odczuciu zawiódł jednak bardziej) i Calhanoglu (podobna historia z Turanem). Wytłumaczę się jeszcze z Naniego – dwie bramki na koncie, świetnie, ale gdybym był kibicem Portugalii, to przy 90% jego kontaktów z futbolówką musiałbym używać niecenzuralnych słów. Portugalia mogła naprawdę pewnie wygrać tę grupę, ale w dużej mierze nie chciał tego “kumpel” Ronaldo.