Tour de Euro #32: Islandia, czyli wyspa szczęśliwych kibiców

Każdy lubi, kiedy drużyna wcześniej stawiana w roli wielkiej niewiadomej, bezczelnie ogrywa o wiele wyżej notowanych rywali. Wtedy siadamy głęboko w fotelu i dopingujemy jej, aby korzystny dla siebie wynik dowiozła aż do końcowego gwizdka. Jeśli wszystko zakończy się happy endem, wciągamy się w to jeszcze bardziej, coraz to bliżej poznając naszych bohaterów.

Nie pamiętam żadnej wielkiej piłkarskiej imprezy, na której nie znalazłby się przynajmniej jeden „kopciuszek ”. Ostatnim z nich, przynajmniej jak dla mnie, była Kostaryka, która podczas brazylijskiego mundialu odniosła historyczny dla siebie sukces. Zespół ten potrafił wówczas zająć pierwsze miejsce w swojej grupie, zostawiając za sobą Urugwajczyków, Anglików oraz Włochów. Jakby tego było mało, odpadł dopiero w ćwierćfinale, przegrywając w rzutach karnych z Holendrami, czyli późniejszymi zdobywcami brązowego medalu. I my wszyscy takie niespodzianki lubimy. Bez nich aż tak byśmy futbolu nie kochali, bowiem ten stałby się do znudzenia przewidywalny.

Tym razem wszystkich bardzo pozytywnie zaskoczyła reprezentacja Islandii. Państwa trzykrotnie mniejszego od Polski, które liczy sobie około 300 tysięcy ludzi, czyli mniej więcej tyle, ile cały Białystok. Wyspiarze od początku byli skazywani na porażkę, a tymczasem awansowali do najlepszej ósemki kontynentu. Dwa dni temu odesłali do domów Anglików, którzy przez wielu byli uważania za faworytów do końcowego triumfu. Co ciekawe, ostatnie spotkania kadry na mistrzostwach oglądało około 99 procent wszystkich mieszkańców tego kraju, mających akurat włączony telewizor. Wielu z nich z nich zostało nawet wcześniej zwolnionych z pracy, tylko po to, aby mogli zdążyć na mecz.

Szaleństwo na punkcie drużyny narodowej ogarnęło tam wszystkich. Właśnie, drużyny. Liczy się bowiem cały kolektyw, a nie pojedyncze gwiazdy. Dobre wyniki osiągają bowiem w dużej mierze właśnie dzięki temu. Nie grają może pięknie i widowiskowo, ale za to imponują wolą walki, a przede wszystkim nieustanną wiarą w zwycięstwo. Nikt z przeciwnym nastawieniem przecież nawet nie uwierzyłby w to, że bramkarz reprezentacji, Hannes Halldorsson, pracujący jako reżyser filmowy, może kilkukrotnie zatrzymać Raheema Sterlinga, który jeszcze niedawno przechodził z Liverpoolu do Manchesteru City za prawie 50 milionów funtów.

Co więcej, prowadzący jeszcze do niedawna angielską reprezentację Roy Hodgson za jeden rok swojej pracy zarabiał 3,5 miliona funtów, czyli najwięcej spośród wszystkich trenerów na mistrzostwach. Dla porównania, jego niedawny vis a vis, Lars Lagerback inkasuje „tylko” 346 tysięcy funtów. Najciekawiej przedstawia się natomiast sytuacja asystenta szwedzkiego szkoleniowca, czyli Hemira Hallgrimssona, który na pół etatu jest… dentystą.

Scenariusz, który pisze kadra Wikingów spokojnie mógłby zostać wykorzystany przez jakiegoś sławnego reżysera. Jestem już w stanie pójść o zakład, że jeśli powstałby film na podstawie tej historii, zostałby on na hollywodzkich scenach nagrodzony co najmniej kilkoma nagrodami. Z jego produkcją trzeba będzie się jednak jeszcze trochę wstrzymać. Islandcy piłkarze wciąż bowiem pozostają w grze i już w niedzielny wieczór po raz kolejny mogą zaskoczyć. A jeśli uda im się pokonać gospodarzy turnieju, nic już nie stanie na przeszkodzie, by 10 lipca zmierzyli się w Saint-Denis w wielkim finale z reprezentacją Polski.