Trzy punkty na dobry początek

munir-debuta-primera-division-ante-elche-1408904451575

Trzy, dwa, jeden: rozpoczęliśmy kolejny sezon naszej ukochanej, jedynej w swym rodzaju Primera Division. Do gry przystąpiła świeża, nowa Barcelona i chcące utrudnić jej życie Elche CF. Oficjalnie sezon otworzył czarny kotek, który, jak to określił Sport, był pierwszym bohaterem meczu i którego nikt nie był w stanie złapać przez niecałe dwie minuty.

W każdym razie, Luis Enrique postawił na jedenastkę, która przypominała tę z meczów sparingowych – podsuwa to taki wniosek, iż Mister nie obawiał się tego spotkania i nie wahał się zaufać na przykład Munirowi El Haddadi czy Rafinhi. Skład może i nie najmocniejszy, lecz, jak to Barca, zdołała przejąć inicjatywę już w pierwszych minutach meczu. Elche dało Blaugranie do zrozumienia, że nie zamierza dać się tak łatwo odsunąć w cień, jednak bardziej widoczne były ich chęci, niż jakieś tego efekty.

Mecz obrał monotonny bieg, w którym zdecydowanie przeważały podania między gospodarzami, a te z kolei od czasu do czasu były przerywane przez zawodników Frana Escriby. Nie oznacza to jednak, iż gra była kompletnie pozbawiona uroku; Barca nie zapomniała, po co walczy o piłkę z Elche i starała szybko zmienić rezultat meczu i, prawdę mówiąc, okazało się to nie takie łatwe. To prawdopodobnie dało Barcelonie do myślenia, bo piłkarze zarysowali wyraźną granicę między kopaniem piłki a nagłym przełamaniem, by wywalczyć cokolwiek przed zejściem na przerwę. Wtedy Azulgrana zaczęła częściej atakować i muszę przyznać, że stworzyła sobie kilka klarownych, cieszących oko sytuacji.

Okazało się, że jest to pewna reakcja łańcuchowa: podopieczni Luisa Enrique podkręcili tempo, co zmusiło do tego samego gości. Im także nie możemy odmówić niezłej gry, bo bronili się całkiem skutecznie i parę razy przebudzili ze snu Claudio Bravo. Być może nie zdołali stworzyć wielkiego zagrożenia, ale pokazali, że ignorowanie ich może się nieciekawie skończyć.

Wreszcie w ostatnich minutach pierwszej partii meczu, po świetnie zgranej akcji, Przemka Tytonia pokonał Leo Messi, dając Barcelonie prowadzenie. Gdy Elche przechwyciło pierwszą nadarzającą się okazję, by się zrewanżować, idiotyczny błąd popełnił Mascherano – wyleciał z boiska z czerwoną kartką, choć rzut wolny Los Franjiverdes prawdopodobnie nie podniósł ciśnienia nawet najstarszym Cules.

Druga połowa rozpoczęła się podobnie dla obu drużyn, z tym, że tym razem bramka padła o wiele, wiele szybciej. Swoją szansę od trenera wykorzystał Munir El Haddadi i powiększył prowadzenie Blaugrany. Później, wraz z upływem czasu, zaczęła cisnąć coraz bardziej, a na rezultaty nie musieliśmy czekać tak długo. Po godzinie gry czarodziej futbolu zapewnił Dumie Katalonii bardzo wygodną sytuację, strzelając swoją drugą bramkę w tym meczu i drugą w tym sezonie, trzecią w tym meczu i jednocześnie trzecią dla gospodarzy. Co ciekawe, nawet wówczas Elche nie zrezygnowało z walki, wtedy już raczej tylko o honor. Koniec końców jedną z niewielu rzeczy, które udało im się poprawić, to posiadanie piłki – o mniej więcej 10 procent lepiej, niż po pierwszej połowie.

Ostatecznie, mecz możemy słusznie uznać za udany i naprawdę przyzwoity, jak na jedenastkę pół najlepszej, pół rezerwowej Barcelony. Elche, choć nie dało rady wywieźć przynajmniej jednego gola na osłodę, mimo wszystko również nie musi się tak bardzo wstydzić. W skrócie, najlepsze, co mogliśmy obejrzeć, to przedniej urody bramki Leo Messiego, wybitny debiut Munira, zgrana drużyna i pozbawiony skrupułów czarny kot.

Składy:

Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Javier Mascherano, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Sergio Busquets, Ivan Rakitić, Andres Iniesta (78′ Sergi Roberto) – Rafinha (46′ Marc Bartra), Leo Messi, Munir El Haddadi (67′ Pedro)

Elche: Przemysław Tytoń – Damian Suarez, David Lomban, Sergio Pelegrin, Edu Albacar – Jose Angel (54′ Alvaro Gimenez), Pedro Mosquera, Mario Pasalić (81′ Adrian Gonzalez), Coro (66′ Feycal Fajr), Garry Rodrigues – Jonathas